Rozdział 47 „Tajemnice”

Malfoy czytał Proroka Codziennego, gdy do drzwi rozległo się pukanie. Szczerze mówiąc nie miał pojęcia, kto chciał go odwiedzić, chociaż liczył na Gryfonkę. Miał lekki mętlik w głowie. Chciał jej powiedzieć o swoich uczuciach, miał dość tych podchodów. Niestety sprawa z Violet – tą prawdziwą Violet, strasznie nie dawała mu spokoju. Nie wierzył, że zrobił coś tak głupiego i to akurat z nią. Głupi impuls, zwykłe rozładowanie emocji, a teraz czuł, jak wisi na włosku. Musiał o tym powiedzieć Hermionie, ale nie wiedział jak i bał się, że Violet go uprzedzi w perfidny sposób. Przygryzł wewnętrzną część policzka i podniósł się od stołu. Podszedł do drzwi i szeroko otworzył.
Chwilę później w jego ramionach była Pansy. Zaskoczony odepchnął ją, widząc jak się do niego klei.
- Pansy? Czegoś chcesz? Coś się stało?
Dziewczyna zaczęła się dziwnie wyginać, machać pupą i podnosić energiczne klatkę piersiową do góry. Blondyn zlustrował jej zachowanie i uniósł brew z dezorientacji.
- Jaa? – zapytał piskliwy, nieco niepasujący głos do dziewczyny. – Musimy porozmawiać Dracusiu!
Matko, ależ to trudne. Ale chyba tak właśnie się zachowuje Pansy. Malfoy nie zauważy różnicy i zaraz mi wszystko wyśpiewa.
Ślizgon w milczeniu zamknął za nią drzwi i ruchem ręki wskazał fotel przy biurku. W ciszy usiedli. Draco przyglądał się drgawkom brązowowłosej i dziwnym tikom.
- Jesteś chora? – zapytał nagle.
- Jaa? Dracuś, przecież to ja, Pansy! Musisz mi…
- Zachowujesz się, jakbyś miała parkinsona.
Ślizgonka zaczerwieniła się i uspokoiła ruchy na krześle.
Może trochę przesadzam. Może jednak jest normalniejsza.
- Chcę z tobą porozmawiać o Hermionie – powiedziała nieco spokojniej.
Blondyn uniósł brew i rozsiadł się wygodnie na fotelu. Podparł brodę o pięść i założył nogę na nogę.
- Słucham.
- Co ty z nią knujesz? Pewnie chcesz zrobić jej coś strasznego, prawda? Jaki masz plan? Może ci pomogę? – zachichotała i wygięła się w dziwny sposób.
Teraz mi wszystko wyśpiewasz. Nie pozwolę ci skrzywdzić Hermiony.
Malfoy podrapał się po głowie i parsknął śmiechem.
- Ty jesteś naprawdę chora. Dam ci jakieś leki, czekaj – powiedział i podszedł do szafki.
Stojąc do niej tyłem, widziała jak nalewa jej jakiejś wody do szklanki i wyjmuje tabletkę. Po chwili postawił przed nią naczynie i położył kapsułkę.
- Napij się, dobrze ci zrobi – mruknął.
- Nie, dziękuję – uśmiechnęła się nerwowo.
- Powiedziałem pij – powtórzył nieco bardziej stanowczo, aż dziewczyna podskoczyła.
Skinęła głową i wzięła łyka wody, imitując, że zażywa granulkę. W rzeczywistości schowała ją do rękawa.
Kto wie, co to była za tabletka. Może chciał mnie zabić.
Ślizgon przejechał palcami po wardze i usiadł naprzeciwko w fotelu.
- Jak się nazywasz? – zapytał spokojnie.
- Harry James Potter – odparł Harry, już swoim głosem.
Szlag! Szlag! Szlag! Co on mi podał?! Chyba nie… Veritaserum…
- Potter. Jak miło – uśmiechnął się kpiarsko.
- Malfoy… – warknął w odpowiedzi i zacisnął palce na meblu.
- Co cię do mnie sprowadza? Chcesz pogadać o Granger, ta? Jakie knuję… „plany”, jak to nazwałeś? – wyszczerzył się blondyn.
Gryfon przygryzł wargę i zmarszczył brwi. Tyle się wysilił, a on od razu go podpuścił. Poczuł się jak idiota.
- Tak w ogóle, to tabletka naprawdę była na ból głowy. Ale myślę, że już ci się nie przyda. To co chcesz wiedzieć?
Harry spuścił wzrok. Nie potrafił uwierzyć w tą „przemianę” Malfoya.
- Co zrobiłeś z Hermioną? Co ona w tobie widzi…? – mruknął pod nosem.
Ślizgon wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia. Może po prostu… – uśmiechnął się sam do siebie – dojrzeliśmy do tego?
Gryfon prychnął.
- Nie chce mi się w to wierzyć.
Draco wziął głęboki wdech i spojrzał w oczy brązowowłosego.
- Mi serio na niej zależy, Potter. Nie muszę ci tego udowadniać, ale tak jest.
- Nawet jeśli mówisz prawdę, to boję się, że ją zranisz.
- Pozwól, że sama wybierze, co dla niej dobre. A jak będzie, tego nie wiemy.
- Ta – mruknął niechętnie Harry.
- Nie mówię, że stałem się księciem z bajki, Potter.
- Jesteś śmierciożercą, Malfoy.
Ślizgon przełknął ślinę na te słowa.
- Byłym śmierciożercą.
- Twoje ciało zawsze będzie należeć do niego.
- Może ciało, ale nie dusza.
Harry zmierzył go wzrokiem. Siedzieli w milczeniu kilka minut, aż odezwał się blondyn.
- Możesz już wyjść. Nie chce mi się dłużej na ciebie patrzeć.
Gryfon skrzywił się i podniósł z krzesła. W ciszy skierował się do drzwi.
- Tak w ogóle, to nieźle kręcisz pupcią, Potter! – zawołał Draco, gdy klamka się zamykała.

***

Hermiona siedziała w bibliotece, przygotowując materiał na najbliższe zajęcia z pierwszakami. Przeglądała najróżniejsze książki i spisywała ciekawostki. Kończyła właśnie szósty zwój pergaminu, gdy kątem oka zauważyła postać wchodzącą do pomieszczenia. Był to niski, krótko obstrzyżony chłopak z Durmstangu. Była pewna, że widziała go na balu, a może nawet Rufus o nim wspominał. Szedł rozglądając się na boki, jakby chciał sprawdzić, czy nikt się za nim nie ogląda. Gryfonka nieco zasłaniając się większą z ksiąg, próbowała prześledzić, gdzie idzie, ale w miarę dyskretnie. Mężczyzna podszedł do bibliotekarki i podał świstek, na co ta zmarszczyła nos i kiwnęła głową. Irma Prince zdecydowanie nie była zadowolona z tego, co zobaczyła, co jeszcze bardziej zaciekawiło Hermionę. Bo co mógł robić w bibliotece o tak późnej godzinie jeden z uczniów Durmstrangu? Bibliotekarka podała mu parę kluczy i chłodno pożegnała. Po chwili chłopak zniknął za drzwiami.
- Witaj piękna – usłyszała nagle za sobą.
Odwróciła się energicznie i dostrzegła znajomego blondyna, którego nieraz spotykała w bibliotece.
- Hej Marcus – odpowiedziała serdecznie. – Nie za późno na wizyty w bibliotece?
- To samo mógłbym ci powiedzieć – mrugnął i dosiadł się. – Jak się czujesz?
- Dużo lepiej. Dziękuję ci za pomoc.
Blondyn wyszczerzył zęby i nieco ściszył ton.
- Widziałaś Lowa?
- Kogo? – uniosła brwi.
- Low, taki niski, chyba tu wchodził. Miałem do niego sprawę.
- A, tak… – zamyśliła się. – Rozmawiał z panią Prince, naszą bibliotekarką.
Chłopak zmarszczył czoło.
- O czym gadali?
Hermiona wzruszyła ramionami.
- Nie wiem, podał jej kartkę i dostał klucze. Nie wyglądała na zadowoloną.
- Może umówili się do sekretnego pokoju na małe co nieco? – usłyszeli za sobą rechoczący śmiech.
Odwrócili się i zobaczyli czarnowłosego, nażelowanego, wysokiego i dobrze zbudowanego mężczyznę z dennym poczuciem humoru, który wmawiał sobie, że jest ósmym cudem świata.
- Cześć Ben – westchnął Marcus.
- Czytacie książki? Nuuuuda – machnął ręką.
- A ty po co tu przyszedłeś? – zapytała Gryfonka. – Jeśli nie do książek, to zaczynam się martwić, że i tobie spodobała się bibliotekarka.
Blondyn zachichotał, a Ben tylko skrzyżował gniewnie ręce w geście obrażenia.
- Nie gustuję w siwiejących i kościstych kobietach… – powiedział, po czym oparł się o stół. – Takiej bym nie dotknął, nawet gdyby mnie zmusili! – krzyknął z szyderczym uśmiechem.
- Dobrze wiedzieć – usłyszał lodowaty ton i poczuł równie zimną dłoń na swoim ramieniu. – Natychmiast proszę wyjść.
Irma założyła ręce na biodra i zmierzyła całą trójkę przed nią. Wszyscy w milczeniu przypatrywali się jej oschłemu spojrzeniu.
- Natychmiast – powtórzyła.
Hermiona spakowała parę książek i pergaminy do torby, po czym pośpiesznie z Marcusem schowali na regały to, co zostało. Ben na paluszkach oddalił się w stronę drzwi, a pani Prince niczym kamień stała tak, jak wcześniej. Po chwili w bibliotece nie było już nikogo.
- Matko, ale ona sztywna – sapnął Ben, gdy byli już na korytarzu.
- No, stała dość sztywno jak nas wyprosiła – dodał blondyn.
- Ciekawe jak wy byście się czuli, gdybyście usłyszeli coś takiego na swój temat – wymądrzyła się Hermiona.
- Hola, hola – Ben pomachał jej palcem przed nosem. – Teraz ją bronisz, a sama się z niej śmiałaś.
- Ja? Ja się nigdy nie śmiałam z żadnego pracownika tej szkoły.
Chłopcy przewrócili oczami.
- Tak, złotko. Wmawiaj nam.
Szli przez chwilę, aż trafili na gabinet Hermiony. Przed drzwiami ujrzeli znajomą twarz. Harry uniósł brwi na widok mężczyzn, oboje byli wyżsi i nieco lepiej zbudowani. No i nie byli z Hogwartu. Blondyna doskonale kojarzył, zwłaszcza z pamiętnej „wizyty”, gdy się na niego rzucił i przygwoździł do ściany.
- Hermiona…? – zapytał niepewnie. – Czyżbyś miała własnych bodygardów?
Dziewczyna lekko się zawstydziła i założyła kosmyk za ucho.
- Tak, to my – wypiął pierś Ben. – Chronimy naszą niewiastę przed łobuzami. Niebezpieczeństwo może czyhać wszędzie, nawet przed drzwiami.
- Za drzwiami – poprawił Marcus. – Cześć, Potter – uśmiechnął się kpiarsko. – Znów coś knujesz?
Gryfon zmarszczył czoło na te słowa. Wiedział, jak go odbiera, ale to było nieporozumienie. A ten musiał mu dopiec jeszcze przy Hermionie.
- Dobra, panowie – odezwała się dziewczyna. – Dziękuję za te przedstawienie, ale do pokoju trafię sama – uśmiechnęła się i pomachała im ręką. – Harry, wejdziesz? – zwróciła się w stronę przyjaciela.
Marcus i Ben niechętnie zostawili ją i wrócili w stronę statku. Tymczasem Gryfoni weszli do gabinetu i zamknęli za sobą drzwi. Hermiona podeszła do stolika i wyciągnęła dwa kieliszki, po czym nalała do niego trunku. Następnie podała naczynie chłopakowi i sama wzięła łyk.
- Alkohol…? Czy ty się zamieniasz w Malfoya? – zapytał ze zdziwieniem.
- Ja? – zaśmiała się. – Nigdy w życiu. Po prostu umilam naszą rozmowę.
- Mhm… – podrapał się po głowie. – Słuchaj, chciałem cię przeprosić. Wiem, że mówię to kolejny raz, ale… naprawdę mi głupio, że to wszystko tak wyszło.
Dziewczyna usiadła w swoim fotelu i skinęła głową, by ten uczynił to samo. Po chwili kontynuował.
- Ja poczułem coś do ciebie, wiem, może nie powinienem tego wszystkiego robić, w końcu Ron…
- Ron? – Gryfonka uniosła brwi. – Co ma do tego Ron?
- Wiem, że go kochałaś, pewnie po jego odejściu miałaś mętlik i stąd te nagłe fantazje o Malfoyu…
Gryfonka prawie się opluła i momentalnie odstawiła kieliszek. Po chwili się zaśmiała.
- Że… co?
- Nie powinienem mu tego robić, ty też nie.
- Robić czego? Nie miałam prawa się zakochać?
- Przecież ty taka nie jesteś… Widzisz, jak Malfoy cię zmienił? Stałaś się złośliwa, nie wiesz co robisz. Zachowujesz się jak on.
Hermiona zmarszczyła brwi i zacisnęła pięści.
- Przyszedłeś mnie tu przepraszać czy obrażać?
- Uświadomić. No i przeprosić.
- Ty dalej tego nie zaakceptowałeś. Moich wyborów.
- Przecież on jest taki sam, nie zmienił się. To śmierciożerca…
Dziewczyna wstała i podeszła do klamki.
- Wróć, kiedy mnie zrozumiesz – odparła zimno i otworzyła drzwi.

***

Zabini leżał w łóżku i jęczał pod nosem. Czuł się dobrze, chociaż wciąż miał opaskę na oczach i nie mógł ich otwierać. Był tu ledwie kilka dni, a czekał go jeszcze cały tydzień męczarni (choć i tak skrócono jego pobyt). Mało tego, ostatnie zadanie turnieju miało się odbyć za 3 tygodnie, więc czasu na przygotowanie miał mniej niż inni. Czuł się źle, bo to on za każdym razem trafiał do szpitala. Najpierw z macką, teraz oślepł. Wolał nie myśleć co przydarzy mu się następnym razem. I po co on się w ogóle do tego zgłaszał? Głupia chęć zaimponowania. Komu tak naprawdę? Kto wtedy go zachęcał do tego…? Najprawdopodobniej Ramona, skoro Violet powiedziała, że nigdy nie flirtowała… A może kłamała? To wszystko było zbyt skomplikowane.
Usłyszał kroki, specyficzny, nieco przyspieszony chód, ciche stukanie. Po chwili czyjaś osoba stała nad nim.
- Blaise… – szepnął głos.
- Hej… miło cię słyszeć – odpowiedział, a kąciki ust uniosły mu się do góry.
Nagle jego dłoń została chwycona przez drobniejszą. Po chwili poczuł, jak czyjaś głowa przysuwa mu się do torsu i mocno się do niego wtula. Delikatnie zaczął głaskać jej włosy i powoli oddychać.
- Lubię, gdy przychodzisz. Prawie nikt mnie nie odwiedza. Czasem Hermiona, rzadziej Draco. Nawet… – urwał myśl.
- Nawet co? – zapytała.
Ślizgon przygryzł wargę.
- Nic, nic… – mruknął i ewidentnie posmutniał.
- Możesz mi powiedzieć.
Chłopak westchnął.
- Chciałbym, żeby przyszła tu Ramona… Ale ona pewnie nawet nie chce ze mną gadać, bo zrobiłem z niej przy wszystkich pośmiewisko. Zachowałem się jak kretyn… A ona się popłakała.
Dziewczyna zmarszczyła czoło i poczuła się paskudnie. On naprawdę się o nią troszczył, chociaż to ona zachowała się podle, okłamując go cały czas. A on nic sobie z tego nie robił.
- Nie myśl tak, Blaise… Nie zrobiłeś nic złego… Ona na pewno się na ciebie nie gniewa… – szepnęła.
- To czemu tu nie przyszła? Dlaczego nie chce mnie widzieć? Dlaczego… – powiedział niemal niesłyszalnie.
Dostrzegła, jak po policzku ścieka mu łza i przeszedł ją dreszcz. Jej serce biło jak oszalałe, słuchając co mówi i jak reaguje.
Jestem tutaj. Przychodzę do ciebie codziennie. Blaise, wybacz mi te kłamstwa.
Nagle zerwała się i pocałowała go w mokry policzek.
- Muszę już iść – szepnęła i wybiegła ze skrzydła.

Chwilę później usłyszał, jak do skrzydła ktoś wchodzi. Wytarł twarz i uspokoił oddech.
- Cześć, diable – powiedział Draco, siadając na krześle obok.
- Późna pora na odwiedziny, smoku. Jaki jest powód tego zaszczytnego przybycia? – zakpił.
- Wybacz, że dopiero teraz, ale miałem trochę na głowie. Jak się czujesz?
Przyjaciel wzruszył ramionami.
- W porządku. Chciałbym już zdjąć tą przeklętą opaskę i stąd wyjść.
- No, nie zazdroszczę ci. Ale podobno wypuszczają cię wcześniej?
- Ta.. za tydzień. Caaaaały tydzień jeszcze przede mną… – jęknął.
Blondyn szturchnął go w ramię.
- Nie marudź. Mam nadzieję, że pani Pomfrey dotrzymuje ci towarzystwa?
Ślizgon prychnął.
- Bardzo śmieszne.
- Ale kartki od wielbicielek dostajesz, jak widzę – Draco się uśmiechnął i wziął do ręki świstek ze stołu.
- Dostaję kartki? To fajnie, że je przeczytam!
Malfoy parsknął śmiechem i podwyższył ton głosu.
- Drogi Sabini… – Tu powrócił do swojego głosu – Tak, ona naprawdę nie wie jak to napisać – i znów mówił wyższym tonem. – Nie ma cię jusz tyle dni i nie wiem co ci, mam nadzieję, że nie umierasz, bo moje serce umiera z tęsknoty, a pani Pomfri nie pozwoliła mi cię odwiedzać, bo mówi, że sala jest jakoś psikana, a ja niby…
- Dobra, wiem kto to napisał – przerwał Blaise. – Taka jedna z czwartej klasy. Strasznie śmierdzi.
Draco wyszczerzył zęby i wziął kolejny list, imitując kobiecy głos.
- Blaise, ty wrócisz prawda? Patrzę na ciebie co posiłek, mam zielony mundurek, długie włosy, mam taką spinkę czarną, mam też taki wisiorek w serce. Nie wiem czy wiesz, ale kupiłam sobie też nowy lakier, kolor lazurowy, pomalowałam sobie nim paznokcie wczoraj. Mogłeś nie widzieć, bo podobno nie widzisz, ale jak coś to mam zdjęcie, to ci obok zamieszczam, spójrz. Jutro mam eliksiry, zrobiłam pracę domową na…
- Hanna.
- Hanna?
- Ta, taka jedna. Ciągle gada o sobie i jakiś bzdurach. Nie mam siły na więcej listów – westchnął Zabini.
- Ale spójrz chociaż na jej paznokcie, jakie kolory! – zaśmiał się Malfoy i zaczął machać zdjęciem przed twarzą kumpla.
- Nie widzę.
- No spójrz!
- Bardzo śmieszne.

W tym momencie do skrzydła wparowały trzy osoby. Ich widok kompletnie zaskoczył blondyna, który ze skupieniem przyglądał się całej sytuacji.
Pielęgniarka przygotowała posłanie, na którym położono chłopaka. Obok niego stał Holger.
- Gorączka, biedulek, zaraz dam mu eliksir pieprzowy… – smęciła pod nosem Poppy.
- Plus dwie porcje eliksiru uspokajającego, teraz i z rana, jak się obudzi.
- Tak, tak… Dobrze, że byłeś na miejscu, Normanie.
- Nie ma sprawy. Ja już wracam do siebie, zajrzę tu w wolnej chwili.
- Dobranoc, jeszcze raz dziękuję…
Po chwili mężczyzna wyszedł, a Pomfrey zaczęła karmić ledwo przytomnego chłopca w łóżku. Mruczał coś pod nosem, ale nie była w stanie zrozumieć co mówi.
- Śpij, już, rano będzie ci lepiej, kochaniutki.
Nagle zwróciła się w stronę Ślizgonów i dopiero wtedy ujrzała blondyna siedzącego przy łóżku.
- Panie Malfoy, późna pora na odwiedziny. Proszę przyjść jutro.
Skinął głową i podniósł się z krzesła.
- Draco, kto tam leży…?
- Neville Longbottom.

_________
Doczekaliście się. Kilka miesięcy minęły, ale pamiętałam o opowiadaniu. Nie umiałam do niego usiąść, miałam w głowie dziury, aż w końcu poskładałam to w całość i tyle napisałam. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Mam nadzieję, że będziecie tu jeszcze wpadać. Powoli zbliżamy się do końca, co mnie cieszy. Napiszcie, jeśli przeczytaliście rozdział. Buziaki!
Alice

Rozdział 46 „Wątpliwości”

Obudziło ją światło wpadające przez okna. Delikatnie się przeciągnęła i rozglądnęła się po pokoju. Prawie podskoczyła, zdając sobie sprawę, że spała z Malfoyem. Spojrzała po sobie, jednak nic nie wskazywało na to, że do czegoś doszło. Wciąż miała na sobie swoje ubrania, a on swoje. Na stole stały dwa puste kubki, a naprzeciwko kominek, w którym już dawno spalił się węgiel. Draco smacznie spał, rozłożony na szerokości rozłożonej kanapy i nie wyglądał, jakby miał się prędko obudzić. Wstała i ku uciesze zauważyła, że podłoga jest podgrzewana. Pomyślała wpierw o prysznicu, kąpiel dobrze jej zrobi. Poszła po schodach, przyglądając się drewnianym ścianom i wiszącym obrazom, aż dotarła do łazienki. Wielka wanna kusząco wyglądała. Odkręciła wodę i rozebrała się, by już po chwili wskoczyć w bąbelkową pianę. Przyjemna chwila relaksu odprężyła ją. Umyła włosy i wysuszyła je różdżką, a następnie wyczarowała podstawowy strój, w którym na co dzień chodziła. Zeszła na dół, widząc wciąż śpiącego Ślizgona. Nieświadomie uśmiechnęła się, przyglądając mu się. Wprawdzie był ubrany i bardzo chciała ujrzeć go w innym wydaniu, ale pohamowała swoje myśli i skierowała się do kuchni.
Draco obudził przyjemny zapach jabłek i cynamonu. Przeciągnął się i ziewnął, by nagle wyrwać się z łóżka i stanąć na równe nogi. Hermiona stała tyłem przy patelni, nakładając naleśniki na talerz. Kąciki ust drgnęły mu do góry. Podszedł do niej powoli, ale cicho. Delikatnie objął ją w talii i pocałował w szyję. Przeszedł ją przyjemny dreszcz, ale nawet nic nie powiedziała, kładąc potrawę na talerz. Odsunął się na bok i wziął śniadanie, wpatrując się w jej czekoladowe oczy.
- Dzień dobry – powiedział z zalotnym uśmieszkiem. – Ładnie wyglądasz.
Zarumieniła się i zasłoniła włosami. Po chwili oboje usiedli przy stole.

Patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Z jednej strony się uśmiechał, z drugiej przygryzał wargę, jakby coś go w środku męczyło. Nie odrywał od niej wzroku, aż sama go nie przyłapała. Szybko zjadł naleśnik i podniósł się od stołu.
- Dzięki, Granger – powiedział, po czym odstawił naczynie do zlewu.
Hermiona była mocno zamyślona. Ciężko było jej poskładać myśli w całość. Jakie są między nimi właściwie relacje? Nic go nie łączy z tą Violet, tak? Ale czy to znaczy… no właśnie… Przecież nie była zazdrosna. Nie, nie mogła być. Nawet nie byli razem, czego od niego oczekiwała. Kilka czulszych spotkań i pocałunków, nic więcej. To nic nie znaczy, prawda? Dokończyła śniadanie i również się podniosła.
- Malfoy… – powiedziała powoli, chociaż nie wiedziała, co dokładnie chce mu powiedzieć.
Przecież nie spyta go wprost, o to, co będzie teraz. Spojrzał na nią, ale spuściła wzrok, przyglądając się pomieszczeniu.
- Która… która jest godzina? – zapytała i przygryzła wewnętrzną część policzka.
W rzeczywistości czas nie był dla niej ważny. Liczył się ON, ale nie potrafiła mu tego wyznać. Przecież nic do niej nie czuje, po prostu był milszy. Czuła, że wariuje w środku. Chciała przemyśleć to wszystko i zastanowić się co dalej.
- Nie mam pojęcia – wzruszył ramionami. – Tu czas leci inaczej.
Skinęła głową i zgarnęła kosmyk za ucho. Czuła poddenerwowanie, niepewność i strach przed odrzuceniem. Chciała schować się pod ziemię, byleby tak na nią uwodzicielsko nie patrzył. Peszył ją, powodował szybsze bicie serca i pocenie dłoni. I po co to, skoro nic do niej nie czuje? Mogła mu się podobać, tak. Wyładniała i wiedziała o tym. Jednak to wciąż była ta sama osoba, której jeszcze niedawno tak nienawidził.
- Pójdę już – powiedziała cicho i skierowała się do drzwi.
- Poczekaj – zatrzymał ją i niepewnie spojrzała w jego stronę.
Podszedł do szafy i wyciągnął z niej kurtkę oraz ciepłe buty, a następnie jej podał.
- Na dworze wciąż jest zima. Jak chcesz, to możesz zostawić te rzeczy przy drabinie.
- Mhm – skinęła i założyła płaszcz.
Po chwili nie było jej już w chatce.
Draco usiadł na kanapie i schował twarz w dłoniach. Westchnął.
- Oszalałem na jej punkcie, ale przecież nie powiem jej, że czuję do niej coś więcej. To nie ma sensu – mruknął pod nosem, sam do siebie.
Siedział tak przez dłuższą chwilę, a następnie wstał i podszedł do okna, rozsuwając firany. Czuł ukłucie w sercu. Okłamał ją wczoraj. Perfidnie ją okłamał w pewnej kwestii.

***

Zabini leżał w pokoju, wciąż nic nie widząc. Miał opaskę, którą zabroniono mu ściągać przez najbliższy czas i dostawał szału. Piłeczka, która miała go odstresować, już dawno była rozerwana i zapewne leżała w śmietniku… jak pozostałe siedem, które mu przyniesiono. Wiercił się, jęczał, siadał, nawet zaczął śpiewać, ale ku jego rozczarowaniu był sam w skrzydle i nikogo to nie ruszało. Chciał już zdjąć to cholerstwo z oczu, ale było zaczarowane i nawet nie drgnęło przy jakiejkolwiek próbie. Westchnął i obrócił się na drugi bok. Nagle usłyszał czyjeś kroki i aż podskoczył z podekscytowania. Po chwili ktoś usiadł obok niego.
- Hej, Blaise – usłyszał znajomy głos.
- To ty – powiedział i przygryzł wargę. – Przedstawisz się w końcu?
Damski głos cicho odparł.
- To nieistotne.
- Czemu mnie odwiedzasz?
Poczuła, jak się czerwieni. No właśnie, czemu? Przecież nie wyzna mu teraz swoich uczuć. Bała się, panikowała od kiedy się dowiedziała, że nawet jej nie poznaje.
- Ja… ja chciałam… żebyś nie był tu sam – szepnęła.
Uśmiechnął się i wyciągnął rękę.
- Dziękuję… Chciałbym cię dotknąć. Miałaś wczoraj taką… taką drobną, ale ciepłą dłoń.
Uniosła brwi i poczuła, jak serce wali jej o żebra. Lekko się trzęsąc, podała mu swoją rękę, którą delikatnie złapał.
- Jak się czujesz? – zapytała, wpatrując się jak gładzi jej palce.
- Wariuję tu z samotności.
Była cała czerwona, jej klatka unosiła się w przyspieszonym tempie, ale na szczęście nie mógł tego zauważyć.
- Widziałam cię na turnieju… Dobrze ci poszło, byłeś pierwszy…
Parsknął śmiechem.
- Ta, skompromitowałem się jak nigdy. Teraz pewnie cała szkoła się ze mnie śmieje.
Zmarszczyła czoło i przygryzła wargę.
- Niby czemu?
- No jak to czemu… Ośmieszyłem się – westchnął. – Zabujałem się w osobie, która okazała się być kimś innym.
Mocniej zacisnęła jego dłoń, ale sekundę później obluzowała uścisk. Nie mógł się dowiedzieć, jak mocno bije jej serce.
- Jak to…? – zapytała i poczuła gulę w gardle.
- Ujrzałem piękną dziewczynę… ale to było tylko ciało. Ja naprawdę pokochałem kogoś, kto traktował mnie wyjątkowo. Czułem się szczęściarzem.
- Czyli, że ty… – zaczęła, a jej wargi zaczęły się trząść.
- Zakochałem się w tej małej? Tak. Cholernie.

***

Violet siedziała w swoim pokoju, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Walenie do drzwi, tak dokładniej. Przewróciła oczami i machnęła różdżką w ich stronę. Klamka została pociągnięta, a osoba stojąca po drugiej stronie prawie się przewróciła.
- Czego? – zapytała z chytrym uśmieszkiem czarnowłosa.
Diana szybkim krokiem podeszła do niej i chwyciła za koszulę.
- Co to ma być? Co ty sobie myślisz… – warknęła w jej stronę, mocniej zaciskając pięści.
- Uspokój się, dziecko – prychnęła i opuściła wymachującą pięść blondynki. – Odsuń się i gadaj, jaki masz problem.
Diana wypuściła powietrze z ust i odstawiła koleżankę. Przeszła się nerwowo po pokoju i zastygła, wpatrując się w nią groźnie i mrużąc oczy.
- Kim jesteś? – zapytała podejrzliwie.
- Violet, ale chyba ci się przedstawiać nie muszę.
Blondynka westchnęła i skrzyżowała ręce na piersi.
- Od kiedy ty… ty… i Draco… i ta Ramona…
Violet parsknęła śmiechem i przeciągnęła się.
- Och, mówisz o tym… Nic nie wiesz, racja… Kompletnie nic nie wiesz – uśmiechnęła się i położyła na łóżku, podpierając głowę o pięść.
- To mi powiedz?! Co tu się dzieje?! – zmarszczyła czoło i rozłożyła bezradnie ręce.
Czarnowłosa przymknęła powieki i zamarła na chwilę w złośliwym uśmieszku.
- On tak mało mówił, a tak dużo kłamał…

***

Hermiona najpierw chciała porozmawiać z paroma osobami, a dopiero później położyć się i przemyśleć to wszystko. Zmierzała do pokoju Krukonów, by odwiedzić Lunę. Martwiła się, bo tak naprawdę nie widziała jej od paru dni… Uciekła ze skrzydła w trakcie zadania, zostawiając blondynkę samą. Miała nadzieję jej to szybko wyjaśnić i przy okazji podpytać o zdrowie. Dawno z nikim nie gadała, brakowało jej kogoś bliższego i Krukonka tak naprawdę była jedyną osobą, z którą miała lepsze relacje. Jasne, był też Harry, ale z nim… z nim czekała ją rozmowa prędzej czy później i z pewnością nie będzie należała do łatwych. Jej „przyjaciel” będzie musiał sporo wyjaśnić, ale mimo wszystko była dobrej myśli. Zrozumie. Powinien ją zrozumieć. Może ich relacje wrócą do normy…? Oby. Miała jeszcze Blaise’a, ale ich kontakty zdecydowanie były zdystansowane, no i… Ślizgon leżał w skrzydle. Przygryzła wargę. Najpierw zajrzy do Luny, a potem pójdzie do Zabiniego… Rozmowę z Harrym zostawi na koniec. To będzie ciężki dzień. Na szczęście było jeszcze przed obiadem, a nie prowadziła tego dnia zajęć. Jutro miała lekcje z pierwszakami, ale póki co, mogła sobie pozwolić na załatwienie swoich spraw, a nagromadziło się ich trochę.
Zapukała do drzwi, które po chwili otworzył Michael Corner. Uniósł brwi, widząc ją przed pokojem, ale po krótkich objaśnieniach wpuścił do środka. Luna smacznie spała, i gdy Gryfonka tylko otworzyła drzwi, stwierdziła, że przyjdzie później. Zrobiła krok w tył, ale dziewczyna się zbudziła.
- Hermm… – zaczęła i mruknęła do poduszki. – Hermmm… Hermmiooona.
Brązowowłosa uśmiechnęła się, widząc jej zachowanie. Po chwili Krukonka ziewnęła i przetarła oczy.
- No chodź do środka, nie będziesz tak stać w progu – przeciągnęła się i mlasnęła.
Hermiona zamknęła za sobą drzwi i usiadła na nieco dziwnym krześle: nie miało oparcia, było obrotowe i obszyte jakimś niebieskim futrem. Stwierdziła, że lepiej o to nie zapyta.
- Jak się czujesz? – spojrzała na nią opiekuńczo.
Luna wyprostowała się, nagle posmutniała i spuściła głowę, jakby nad czymś głęboko myślała. Po chwili uśmiechnęła się w swój znany, rozmarzony sposób.
- Dobrze… Może jak zjem jakiś budyń, to będzie mi lepiej? – wyszczerzyła zęby i sięgnęła po pluszowego misia. – Pan Pudding też by coś zjadł.
- Pan Pudding? – Gryfonka uniosła brwi. – Nazwałaś misia „Pan Pudding”?
- Ja? Niee… Sam się tak przedstawił – chwyciła go za łapkę. – Prawda Panie Pudding? Nazywa się pan Panem Puddingiem? – zmieniła barwę głosu na inną i pomachała jego łapą. – Tak! Tak się nazywam, pani Luno! – znów wróciła do swojej barwy. – Och! Jestem po prostu Luna… Dobrze, Panie Pudding? Co by pan zjadł? – znów zmieniła ton. – A co Pan Pudding mógłby zjeść? – pomachała rękami pluszaka, jakby rozmyślał nad czymś. – Oczywiście, że pudding!
- Luna… Chodź już na obiad – przerwała jej Hermiona.
Uśmiechnęła się pod nosem i spuściła głowę, kręcąc nią z rozbawienia.
- Zaraz zejdę. Poczekaj przed drzwiami – odparła Krukonka.
Brązowowłosa wyszła, oczekując dziewczyny na zewnątrz. Tymczasem Luna usiadła na łóżku i schowała twarz w dłoniach. Cicho westchnęła.
Po chwili wyszła z pokoju i razem z Hermioną skierowały się do Wielkiej Sali.
- Przepraszam, że uciekłam wtedy ze skrzydła – zaczęła Gryfonka.
- Uciekłaś? – zdziwiła się blondynka.
- No… Tak, w dzień drugiego zadania… Nie zauważyłaś?
Hermiona zmarszczyła czoło i niepewne spojrzała na przyjaciółkę. Ta tylko lekko poczerwieniała na twarzy.
- Ach, bo ja spałam cały dzień – uśmiechnęła się i nagle podskoczyła. – Kto pierwszy w Wielkiej Sali? – zapytała, a po chwili zaczęła radośnie biec przed siebie.

***

Draco siedział przy stole i niechętnie dziabał jedzenie w talerzu. Przygryzł wargę, kątem oka wpatrując się w Violet, która bezczelnie gapiła się na niego i uśmiechała pod nosem. Przeczuwał, że coś knuje, że mu nie odpuści. Jeśli Hermiona się dowie… ech, będzie po nim. Tylko jak miałby ją udobruchać? Miała na niego haka i strasznie go to wkurzało.
Nagle dostrzegł wbiegającą do sali Pomylunę. Przewrócił oczami, obserwując jak radośnie siada przy stole i krzyczy coś w kierunku drzwi. Zmarszczył czoło i zobaczył Granger, która powoli weszła do środka. Miała nieco zmieszaną minę. Zlustrował ją od stóp do głów i mógłby przysiąc, że… była speszona? Unikała jego wzroku? Czemu? Wziął kęs kotleta do buzi i podparł brodę, próbując udawać, że wcale nie zauważył, jak idzie w jego kierunku. Po chwili krzesło niedaleko się odsunęło, a na miejscu usiadła Gryfonka. W milczeniu zjadł posiłek. Planował pod wieczór wpaść do Zabiniego, ale teraz sam miał trochę papierów na głowie i chciał skupić się na pracy.

***

Harry nerwowo wpatrywał się w siedzącą nieopodal Hermionę, jednak ta wcale nie zamierzała uraczyć go spojrzeniem. Wychylił się w końcu i w jej stronę.
- Pss! – zawołał ją.
Westchnęła i zerknęła na niego.
- Tak? – zapytała oschle.
- Pogadamy?
- Wieczorem. Mam jeszcze coś do roboty. Przyjdę po kolacji.
Skinął głową i wrócił do talerza. Czuł, jak serce bije mu szybciej. Bał się, z jednej strony cieszył, że zgodziła się spotkać, ale z drugiej…. Co mu powie? Tak bardzo chciał odbudować relacje… Kątem oka spojrzał na Malfoya. Czy on jej serio zawrócił w głowie? To niemożliwe. Przecież to ten sam dupek co zawsze. A jednak… W jego głowie zaczęły pojawiać się dziwne myśli… No i ta rozmowa na korytarzu… słowa Diany… Może warto się dowiedzieć co on knuje? Tylko jak…? Uniósł głowę znad talerza, w stronę stołu Ślizgonów. Parkinson. Jej na pewno powie! Uśmiechnął się pod nosem. Dziś wieczorem wszystko mu wyśpiewa.

***

Norman siedział w swojej kajucie, gdy rozległo się rytmiczne pukanie. Dobrze wiedział, kto do niego przyszedł. Po chwili klamka się ruszyła, a do środka wszedł niski chłopak.
- Jak idą testy? – zapytał mężczyzna.
- Pomyślnie. Na razie wyczyściłem im pamięć, ale jeśli dalej chcemy kontynuować, to obawiam się, że już nie będziemy mogli stosować tego eliksiru.
Łysy mężczyzna skinął głową i podrapał się po brodzie.
- To niedobrze… Może da się to załatwić bez dziewczyny? Wtedy o jednego mniej…
- Nie wiem, będę musiał poszukać w bibliotece na ten temat. Tylko, że ten dział jest zamknięty dla uczniów…
- Dostaniesz moje pozwolenie i cię wpuszczą. Nie mają nic do gadania… Tylko zrób to w nocy, bez świadków.
- Tak jest – odparł młodzieniec i wyszedł z pomieszczenia.
Holger wpatrywał się w papiery przed sobą, mocno zamyślony. Z transu wyrwało go ponowne pukanie do drzwi.
- Jak ja cię puknę – mruknął, gdy drzwi się otworzyły.
- Bardzo chętnie – uśmiechnęła się dziewczyna.
Parsknął śmiechem, przyglądając się, jak zamyka za sobą. Po chwili usiadła mu na kolana i pocałowała.

***

Ramona siedziała w pokoju, wlepiając wzrok w okno. Nie mogła uwierzyć w to, co dzisiaj wyznał jej Zabini. Miała czerwoną twarz od płaczu i stos chusteczek dookoła. Czemu jej to powiedział? Dlaczego? Czemu tak bardzo to przeżywała? Zakryła twarz w dłoniach i znów zaczęła płakać. Czuła się fatalnie. Nagle czyjaś dłoń przylgnęła jej do ramienia. Nerwowo podskoczyła, odwracając się.
- Pene! – wydusiła z siebie i szybko zakryła twarz w chusteczkę.
- Płakałaś? Czemu? Co się znów stało? – czarnowłosa usiadła obok niej i pogładziła ją po głowie.
Ramona pokręciła głową, jakby to miało znaczyć, że nie chce powiedzieć. Przyjaciółka westchnęła i objęła ją ramieniem.
- No już, mów… Nagadał ci coś? Skrzywdził cię? – zapytała cicho, a na jej twarzy namalował się żal.
- Skrzywdził?! – białowłosa ryknęła w chusteczkę i znów zapłakała. – Gorzej!
- Nie rozumiem….
- On się we mnie zakochał! – spojrzała na Penelopę i ponownie zapłakała. – We mnie, rozumiesz? We mnie! Nie w tej całej Jean…
Czarnowłosa wzięła wdech i uniosła brwi. Zatkało ją kompletnie.
- Ramona… Ale czemu ty… czemu ty płaczesz z tego powodu…?
- Bo ja… ja nie mogę go pokochać…
- Czyli już jest za późno.

***

Hermiona zmierzyła w kierunku skrzydła szpitalnego, mając nadzieję na to, że Zabini nie będzie spał i będą mieli trochę prywatności. Cicho weszła i zamknęła za sobą drzwi, z daleka dostrzegając znudzonego chłopaka, który podrzuca piłeczkę. Na oczach miał czarną opaskę, którą zapewne nieraz próbował zdjąć. Uśmiechnęła się pod nosem i podeszła do niego na paluszkach. Nagle chwyciła go gwałtownie za ramiona.
- Bu! – krzyknęła, a Blaise podskoczył z przerażenia, rzucając piłką w jej głowę.
Odbiła się i spadła na ziemię. Dziewczyna podniosła ją i pomasowała czoło, chichocząc pod nosem. Usiadła na krześle obok niego i wyszczerzyła zęby.
- Jak się czujesz, Zabini? – zapytała.
- To ty, Granger? Ładnie to tak straszyć umierającego?
Przewróciła oczami i podała mu piłeczkę.
- Już nie stękaj jak baba.
- Martwiłaś się pewnie, co? Nie spałaś po nocach, albo płakałaś w poduszkę.
- Widzę, że masz problemy nie tylko z oczami, ale i z głową – prychnęła, choć wciąż była uśmiechnięta.
- Myślałem, że tu zwariuję z nudów – mruknął, zgniatając kulkę.
- Malfoy… cię nie odwiedza? – uniosła brwi.
- Raz, może dwa razy był. Częściej tu przychodzi pewna… – nie dokończył, przygryzając wargę.
- Pewna co? Dziewczyna? Kto taki?
Skrzywił usta w grymasie niezadowolenia i odwrócił się w jej stronę.
- No ja nie wiem – powiedział tak cicho, że ledwo go usłyszała.
Zauważyła, że się czerwieni. Uśmiechnęła się, widząc go zawstydzonego i nieporadnego.
- Nie przedstawiła ci się?
- Nie chciała. Powiedziała tylko, że jest przyjaciółką… – westchnął. – Wydaje mi się, jakbym ją znał… Jej głos… Ma taką ciepłą i delikatną dłoń… – ugryzł się w język i odwrócił się do niej plecami.
Czuła, że był mocno skrępowany i zawstydzony. Przypominał małego chłopca. Położyła mu delikatnie dłoń na ramieniu i pogładziła.
- Blaise… To nic złego. Cieszę się, że cię ktoś odwiedza. Potrzebujesz teraz trochę uwagi, a ja nie jestem w stanie zbyt wiele ci poświęcić. Dobrze, że ta dziewczyna przychodzi… A co do tej Violet, czy tam Jean… Nie przejmuj się. Może to i marne pocieszenie, ale znajdziesz taką, która cię pokocha z wzajemnością. Jestem tego pewna.
Poczuła, jak kładzie swoją dłoń na jej i mocno ściska.
- Dziękuję, ale… nie wiem, czy ja na to zasługuję.

***

Zbliżał się wieczór. Harry dyskretnie obserwował Pansy, która szła korytarzem i zatrzymywała się przy każdej szybie, w której zauważyła swoje odbicie. Była niedaleko lochów i zapewne szła do pokoju, więc to była dla niego świetna okazja. Wyciągnął różdżkę i szepnął zaklęcie. Po chwili Ślizgonka poczuła, jak coś łapie ją za nogę i pociąga w dół. Upadła i przez chwilę była nieprzytomna. Potter rozglądnął się dookoła i wziął ją na plecy, kierując się w stronę najbliższego schowka. Dziewczyna trochę ważyła i chociaż skradał się na palcach, jej ciężar bardzo mu utrudniał plan. Powoli się wybudzając, przekręciła się i jednocześnie uderzyła pośladkami o twarz Gryfona. Niepewnym ruchem złapał ją za tyłek i odsunął na bok. Na szczęście byli już na miejscu. Przekręcił zamek i położył dziewczynę wśród płynów, mopa i połamanych mioteł. Otworzyła oczy i odsunęła głowę, ale uderzyła o jakąś półkę i metalowa puszka uderzyła w nią, ponownie powodując brak przytomności. Harry kucnął nad nią i przyłożył jej różdżkę do ust, a po chwili zostały one sklejone taśmą. Złapał jej ręce i wyczarował linę, by nie mogła się uwolnić. Spojrzał na nią i uznał, że teraz nie ucieknie. Wstał i zamknął drzwi zaklęciem. Teraz pozostało mu tylko zamienić się w Ślizgonkę.
Udał się do łazienki niedaleko gabinetu Malfoya i po chwili wyszedł z niej jako Pansy.
- Co ona widzi w tym swoim odbiciu? – zastanowił się, gapiąc się w lustro.
Podszedł do drzwi i wziął wdech. Teraz najtrudniejsza część planu. Zdobycie informacji.

_____

Nareszcie jest. Przepraszam za tyle czekania. Mam nadzieję, że rozdział wam się spodobał. :)
Alice

Sprostowanie

Hej!

Chciałabym was przeprosić za długie czekanie na rozdziały. Obecnie zmieniam mieszkanie i mam dużo na głowie. Następny rozdział pojawi się jeszcze w grudniu, teraz będę miała chwilę przerwy i myślę, że spokojnie skończę pisać. Mam nadzieję, że mi wybaczycie… Opowiadanie powoli zbliża się do końca, ale mam nadzieję was zaskoczyć. ;)

Rozdział 45 „Szczera rozmowa”

Sterczała przed drzwiami do skrzydła szpitalnego i łapała oddech. Za chwilę stanie przed Zabinim i go przeprosi. Może jej wybaczy…? Może mimo wszystko będzie dalej chciał z nią być? Ale z nią, a nie z Jean…
Pociągnęła za klamkę i weszła do środka. Zobaczyła go w oddali. Leżał nieruchomo z opaską na oczach. Zdziwiło ją to, ale postanowiła być ostrożna. Powoli podeszła do niego i usiadła na krześle.
- Halo? Jest tu ktoś? – zapytał Ślizgon, próbując namacać powietrze.
Uniosła brwi i delikatnie złapała go za rękę.
- Kim jesteś? Powiedz coś – szepnął, mocniej ściskając jej dłoń.
- Blaise…
- Kto mówi? Ja… poznaję twój głos, ale… ale nie widzę…
- Nie widzisz? – zmarszczyła czoło.
- Powiedz, kim jesteś?
- Przyjaciółką.
Puścił na chwilę jej rękę, po czym podniósł się do pozycji siedzącej.
- Chciałbym cię zobaczyć.
- Blaise, co ci się stało?
- Nie widzę… nic nie widzę.
- Jak to? Ale… jakim cudem…?
- Wypiłem coś… wyjdę z tego. Tak mówił Holger. Muszę wyjść, muszę widzieć…
- Blaise – szepnęła, a do jej oczu napłynęły łzy.
Pochyliła się nad nim i delikatnie przytuliła. Gładził jej plecy i głaskał włosy.
- Chciałbym wiedzieć, kim jesteś.
- Już ci powiedziałam.
- Nie potrafię cię rozpoznać, ale twój zapach… twój zapach jest znajomy.
Odsunęła się od niego i wytarła łzę z policzka. Patrzyła na niego z głębokim smutkiem, żalem… tęsknotą.
- Kiedy z tego wyjdziesz?
- Tydzień, lub dwa. Porozmawiaj ze mną.
Uśmiechnęła się i dotknęła jego dłoni. Nagle usłyszała zbliżające się kroki.
- Przyjdę do ciebie jutro – szepnęła, po czym wstała i wyszła ze skrzydła.

***

Hermiona siedziała w swoim pokoju, gdy do szyby zapukała sowa. Otworzyła okno i odpakowała list, który był dołączony do nóżki ptaka.

Chciałbym z tobą szczerze pogadać. Znasz miejsce.
D.M

Zamknęła oczy i odetchnęła. Nie wiedziała, czy cieszy się na spotkanie, ale czuła, że jest gotowa. Przeklęta bransoletka została zdjęta i miała trochę wolnego czasu. Mimo to, w uszach wciąż dźwięczały jej słowa Violet: „Twój kolega nieźle całuje”. Zacisnęła pergamin i westchnęła. Ta rozmowa może być naprawdę trudna, ale… musi jej sprostać. Przynajmniej nikt jej nie szukał po turnieju, nawet Pomfrey tylko chwilę pomarudziła, że uciekła z łóżka. Przypomniała sobie o Lunie, która dziś miała wyjść ze szpitala. Wstała, rozczesała włosy i stwierdziła, że po spotkaniu do niej zajrzy.

Szła korytarzem, mijając plotkujących uczniów, aż dotarła na trzecie piętro, gdzie doszła do obrazu.
- Benedykt – powiedziała w stronę śpiącego mężczyzny, który na jej słowa podskoczył tak wysoko, że uderzył o ramę obrazu.
- Dziecko, ciszej, bo wszystkich obudzisz! – odparł oburzony.
Przewróciła oczami.
- Nie przesadzaj. Nikt tu nie śpi poza tobą.
Mężczyzna otrzepał się i zaczął machać siekierą.
- I bardzo dobrze! Powinni mieć się na baczności, gdy jam z siekierą zaatakować mogę! Chędoże dziewice, nie bójcie się! – krzyknął i zaczął się rozglądać. – Jam w obronie waszej, strzec królestwa waszego będę, póki śmierć mi przeszkodą nie będzie!
Uśmiechnęła się litościwie, słuchając jego występu.
- Wpuścisz mnie, Benedykcie?
Przerwał wymachiwanie siekierą i ukłonił się nisko.
- Zapraszam w me progi, do krainy marzeń, złotko.

Obraz się uchylił, a Hermiona przez niego przeszła. Znała to miejsce aż za dobrze. Kiedy wdrapała się na drabinę, poczuła przerażający chłód, a na jej czubek nosa spadł niewielki płatek śniegu. Zdziwiło ją to, bowiem do tej pory w tym miejscu zawsze było ciepło i przytulnie. Skoro Malfoy zamierzał przywitać ją zimą, to mógł ją chociaż uprzedzić w liście, by coś ubrała. Spojrzała na siebie. Miała zwykłą, czarną koszulę i eleganckie, ciemne spodnie. Jej włosy momentalnie zaczęły szaleć i wilgotnieć na wietrze. Wyglądała jak zmoczony pies.
- Nienawidzę go – mruknęła pod nosem, strzepując zaśnieżony rękaw. – Będę chora.
Rozejrzała się i uniosła brwi. Niedaleko przed nią stała mała chatka, w której paliło się światło. Zaczęła iść w jej stronę, od razu czując, jak buty jej mokną. Z każdym krokiem warstwa śniegu wydawała się być coraz wyższa, a wiatr wiał jej w twarz. Policzki zrobiły się czerwone, a z oczu leciały łzy, które co rusz strzepywała. Była wściekła i zamierzała zabić Dracona jak tylko wejdzie do środka.
W końcu dotarła przed drzwi chatki i pociągnęła za nie. Niestety nawet nie drgnęły. Jęknęła ze złości.
- Otwieraj!!! – wrzasnęła, uderzając tak mocno kołatką o drewniane deski, że na jej głowę spadła hałda śniegu.
Po chwili usłyszała odblokowujący się mechanizm i ujrzała blondyna. Jak zwykle wyglądał bez skazy, a z samej chatki biło ciepło, zapach ciasta i odgłosy trzaskającego kominka.
- Świetnie wyglądasz – wyszczerzył się do niej, na co został zgromiony wzrokiem. – Wchodź, Granger.
Wytrzepała się i przeczesała mokre włosy, po czym zdjęła buty i skarpetki. Na szczęście podłoga była ocieplana, więc chodzenie było przyjemne. Oczywiście, jak wszystko w świecie magii, ten domek również był zaczarowany. W środku było dużo miejsca, za przedpokojem witał salon z dużą kanapą i kominkiem, obok widniała kuchnia, a na końcu łazienka. Przy drzwiach zbudowane były zakręcone schody prowadzące do sypialni, garderoby, drugiej sypialni i kolejnej łazienki. Innymi słowy – całość wyglądała zjawiskowo.
Usiadła na kanapie, obserwując blondyna, który poszedł w stronę kuchni.
- Kawy? Czekolady? Herbaty? – dobiegł głos, gdy zniknął jej z oczu.
- Herbaty – odparła, rozglądając się po salonie.
Wszystko zdecydowanie było nowe. Przejechała dłonią po tapicerce mebla, obserwując obrazy dookoła, kończąc na kominku przed nią. Po chwili na stole stała filiżanka. Ślizgon usiadł obok niej i zanurzył usta w kubku kawy. Kiedy przełknął, spojrzał na jej wyczekujący wzrok. Niestety tej Gryfonce trzeba było wszystko tłumaczyć.
- Granger – zaczął, po czym westchnął. – Muszę ci powiedzieć o kilku sprawach.
Skinęła głową, nie mówiąc nic. Chciała usłyszeć jak najwięcej. Stalowe tęczówki zjechały wzrokiem na jej dłoń. Po chwili kąciki ust mu drgnęły do góry.
- Widzę, że już nie masz tego zaczarowanego cholerstwa na ręce…
Uniosła brwi i odstawiła naczynie.
- Przepraszam bardzo, ale czy ty chcesz mi powiedzieć, że o tym wiedziałeś?!
- Nie wcześniej niż ty – uspokoił ją. – Po prostu się dowiedziałem, ale to już nie ma znaczenia.
- Nie ma znaczenia? – wzburzyła się. – Jasne, jeszcze byś pomógł, to byłoby straszne.
- Nie dramatyzuj. Z tego co wiem, to i tak tylko Diana mogła ci pomóc, a ja jej wtedy nie znalazłem w pokoju.
Gryfonka skrzyżowała ręce na piersi.
- Dobra. Kontynuuj.
Prychnął, po czym wziął kolejnego łyka napoju.
- Także… wracając do tego, o czym chciałem gadać… Może… Może zacznę od początku.

+++
Głośne skrzeczenie wron obudziło go dość wcześnie. Spojrzał w stronę otwartego okna i dostrzegł niewielką sowę, która widocznie dyskutowała o czymś z innymi ptakami. Wziął ze stołu różdżkę, zamknął nią okno i odwrócił się na drugi bok łóżka, gdy nagle poczuł coś twardego przy policzku. Przetarł oczy, ale nie potrzebował wiele czasu, by oprzytomnieć. Koło niego leżała czarna koperta. Uśmiechnął się pod nosem i otworzył ją, czytając tekst. Następnie schował ją do szuflady i powrócił do snu.
Kiedy wybiła rzeczywista pora wstawania, do jego drzwi rozległo się pukanie. Powoli zawinął się w szlafrok, przeczesał po drodze włosy, umył zęby i otworzył. McGonagall tupała nogą ze zdenerwowania.
- Już myślałam, że pana zabili. Ile można drzwi otwierać! – oburzyła się i wtargnęła do środka.
Potarł nos i wzruszył ramionami. To, że dla niej te dziesięć minut zanim się wywlekł z łóżka trwało dziesięć minut, to nie jego wina.
- W czym mogę pomóc? – zapytał ziewając i zasłaniając sobie buzię.
- Będzie pan potrzebny podczas drugiego zadania turnieju. Proszę się ubrać jak najszybciej. Powtórzę: jak najszybciej, a nie ślamazarnie, jak dotychczas.
Przewrócił oczami i oparł się o framugę.
- Nie może sobie pani kogoś innego wybrać do pomocy? – mruknął.
- Przed chwilą sam się zaoferowałeś, więc nie marudź. Czekam za pięć minut w swoim gabinecie. Tam się przeniesiemy na miejsce.
Kiedy wyszła z pomieszczenia, stęknął i poszedł wziąć prysznic. Po dwudziestu minutach stał pod gabinetem dyrektorki.
- Jak zwykle na czas – zmierzyła go znad okularów.
Udał, że tego nie słyszy. Poza nim w pomieszczeniu stała Jean i Miranda. Pokręciły głowami w wyrazie dezaprobaty, po czym spojrzały na Minerwę.
- Skoro jesteśmy wszyscy, to w skrócie wyjaśnię przebieg zadania. Udajemy się do Zakazanego Lasu, gdzie czekać będą Kwintopendy.
- Kiwintoco? – zdziwiła się Miranda.
- Są to ludzie, którzy niegdyś zostali zamienieni w potwory. Obecnie mieszkają na Wyspie Posępnej.
- To postacie z legend – wtrącił się Malfoy. – Jak je schwytaliście?
- To zasługa Olimpii i naszego gajowego. No i paru innych osób – odpowiedziała, stukając palcami po ramieniu. – Ale zostawmy to na bok. Stwory mają właściwości zbliżone do pająków, poza posiadaniem kilku par odnóży wydzielają toksyczny jad i łapią ofiary w pajęczynę. Wy dziś będziecie ofiarami.
Czarnowłosa odsunęła się gwałtownie.
- Ofiarami? To ma być niby bezpieczne?
- Nie zgadzam się – wtrąciła Miranda.
- Mogła mnie pani nie budzić – dodał Draco.
Dyrektorka westchnęła i klasnęła w dłonie, uciszając oburzone towarzystwo.
- Zapisując się do szkoły, podpisaliście dokumenty, w których zgadzacie się na taką ewentualność. Nie ma dyskusji.

+++

Hermiona sączyła już drugą filiżankę herbaty, wsłuchując się w jego słowa. Położył się na kanapie wygodnie i oparł brodę o pięść. Po chwili kontynuował.

+++
Spał. Słyszał stłumione odgłosy walki, rzucane zaklęcia. Nagle poczuł, jak drzewo lekko się trzęsie, by po chwili runąć w dół. Chciał krzyknąć, uciec, ruszyć się, ale nie był w stanie. Spadł i momentalnie stracił przytomność. Nie wiedział ile minęło czasu, gdy ktoś go spoliczkował, wybudzając ze snu. Usłyszał głos, który poznał od razu. Diana. Warknął w jej stronę i mimo propozycji, nie zgodził się sobie pomóc. Chwiejnie wstał, by po chwili stracić równowagę. Patrzył na przemądrzałą blondynkę, która mruczała coś pod nosem o „gwiazdorzeniu”, po czym bez pytania złapała go pod pachę.

Szli tak przez większość drogi, nie odzywając się do siebie. Kiedy wyszli z polany i dostrzegli las, wyrwał jej się by pobiec i znów upadł na ziemię. Stanęła nad nim i pokręciła głową.
- Draco, jeszcze nie doszedłeś do siebie. Zachowujesz się jak dziecko.
Zmarszczył czoło i prychnął.
- Gadasz jak moja matka. Albo ojciec.
Wzdrygnęła się przez chwilę, po czym podała mu rękę. Chwycił ją, stanął na równe nogi i spojrzał jej prosto w oczy.
- Dobrze się bawiłaś, grożąc mi i przyjaciołom?
Otworzyła buzię i zrobiła krok w tył. Tego się nie spodziewała.
- O czym ty mówisz?
Uśmiechnął się i zmrużył powieki.
- Jesteś paskudną kłamczuchą.
Głośno przełknęła ślinę, a jej brew zadrżała. Niepewnie się rozglądnęła, unikając jego wzroku.
- Naprawdę nie wiem, o co ci chodzi.
Złapał ją za rękę i pociągnął do siebie. Wylądowała w jego ramionach w niebezpiecznie bliskiej odległości.
- On zmarł, ale już mu nie będzie lepiej.
- Skąd ty to…
- Gra skończona, moja droga.

+++
- Czyli to była ona?! – zdziwiła Hermiona, zakrywając się kocem.
Blondyn skinął głową i roześmiał się.
- To była ona.
- Musiała mieć bezcenną minę… – zachichotała Gryfonka. – Ale… czemu to właściwie zrobiła?
Draco wyciągnął rękę w stronę szatynki. Złapała go, po czym wtuliła się w niego, przykrywając obojga materiałem.
- I to jest dobre pytanie – wyszeptał, całując ją w czubek głowy.

+++

Patrzył na nią, a tak właściwie na jej włosy, bowiem chowała twarz przed nim. Była zażenowana, zawstydzona. Targały nią emocje, poczucie winy, lęk. Usłyszał jak łka.
- Spójrz się na mnie – powiedział oschle, ale stanowczo.
Niepewnie podniosła głowę. Jej buzia była czerwona i mokra, z oczu płynęły jej łzy, które brudziły włosy i ubranie. Głośno zaszlochała i przycisnęła swoje policzki do jego torsu.
- Ja przepraszam… Draco… Ja, ja… przecież wiesz, że to dla twojego dobra…
Odsunął blondynkę od siebie i podniósł jej brodę. Nie potrafiła na niego spojrzeć, z obłąkaniem rozglądała się po trawie, po chmurach i drzewach. Panikowała.
- Diano – powiedział, patrząc jej prosto w oczy – nie obchodzą mnie twoje przeprosiny.
Zacisnęła pięści na jego koszuli i spuściła głowę.
- Chciałam mieć… ciebie… – płakała. – Tylko ciebie….
Westchnął, wpatrując się w jej stan.
- Zrobiłaś coś paskudnego, naprawdę wstrętnego. Nastraszyłaś mnie, groziłaś Granger, mogło się to fatalnie skończyć. Teraz płaczesz, ale co było w twoim dzisiejszym liście? Mam ci zacytować, czy ty to zrobisz?
Przełknęła ślinę i wytarła łzy z policzków.
- Na… napisałam… Ja….
- Śmiało, znasz tekst.
Przygryzła wargę i podrapała się po karku.
- Napisałam, że Granger…
- Tak?
Podniosła wzrok i wychrypiała.
- Napisałam, że Granger straci coś więcej niż ciebie.
Malfoy spojrzał w niebo i zagwizdał.
- Pięęknie powiedziane, fiu, fiu. Ciekawe co miałaś naszykowane na ostatni list?
- Draco, przestań.
- Może chciałaś mnie zamknąć w klatce, a głowy moich przyjaciół nabić na pale?
- Draco…
- A może zamierzałaś użyć amortencji i spłodzić ze mną dzieciaka?
- Draco!
- A może serio chciałaś wskrzesić mojego ojca i namówić go na mordobicie?
- Draco! Przestań! – wrzasnęła. – Zrobiłam źle.. Nie mogłam tego urwać… Przecież wiesz, że ja bym nie skrzywdziła… Chciałam ci przemówić do rozsądku…
- Do rozsądku? – uniósł kpiarsko brew.
- Ona jest szlamą. Nie wiesz, co robisz…
Schował ręce do kieszeni i pokręcił głową.
- Jest, była i będzie. Znam ją od wielu lat. I tak, nie wiem co robię… ale przy niej jestem szczęśliwy. Tego uczucia nie znałem.
Patrzyła na niego, ciężko oddychając. W końcu przymknęła powieki. Wiatr wiał coraz mocniej, a na dworze robiło się ciemniej.
- Jesteś szczęśliwy?
Skinął głową.
- Byłbym, gdybyś dała nam spokój i zniszczyła te jej bransoletkę.
- Czyli o tym też wiesz… Ale to nie ja… Ja tylko… Harry mnie poprosił.
Uśmiechnął się do niej i potarł nos.
- Tacy jak my… my nie robimy czegoś bez własnych korzyści.
Wytarła zaschnięte łzy i delikatnie się uśmiechnęła.
- Może i masz rację. Bardzo cię przepraszam.
- Nie wydam cię pod dwoma warunkami.
Uniosła brwi i spojrzała na niego wyczekująco.
- Tak?
- Po pierwsze, odczepisz się od nas raz na zawsze…
- A po drugie…?

+++

Gryfonka z niecierpliwością czekała, aż dokończy swoją opowieść. Ślizgon uśmiechał się do niej łobuzersko i gładził jej dłoń.
- Jaki był drugi warunek? – zapytała, nie mogąc wytrzymać tej niepewności.
- Spójrz na swój nadgarstek.
Chwyciła za rękę, którą dopiero co dotykał i przyjrzała się wskazanemu miejscu. Dostrzegła tam znak, który przypominał odwróconą i przekrzywioną literę „zet”. Zmarszczyła czoło.
- Co to za znak?
- Iwaz z Celtii. Rysuje się go, bo pomaga doprowadzić sprawy do końca, szczególnie na ostatnim etapie. Chroni przed podjęciem złej decyzji. Będzie cię strzegł.
- I ona mi go zrobiła…
- Wtedy, gdy zdejmowała z ciebie bransoletkę. Znak musiał wsiąknąć w skórę, trochę to trwało. Sam proces usunięcia klątwy był zapewne krótki.
- Czyli o wszystkim wiedziała. No nie wierzę.
Ślizgon się zaśmiał, a następnie pocałował ją w czoło. Zarumieniła się i chwyciła za swój nadgarstek.
- Dziękuję.
- Podziękuj mi w inny sposób – mrugnął, wskazując na swoje usta.
- Ja… mam do ciebie jeszcze jedno pytanie.
Uniósł pytająco brew.
- Słucham uważnie.
- Kiedy Zabini wyszedł z lasu i nakryli Ramonę… Wiesz, Violet… Ta prawdziwa Violet… Ona powiedziała, że się z tobą – spuściła wzrok – całowała.
Blondyn jęknął i przeczesał włosy.
- Na Merlina, ty o niej. To nie było tak. Zabujała się i wparowała mi do gabinetu po zajęciach. Zaczęła mnie całować i wtedy wszedł ten twój Krum, który niczym w brazylijskich serial wybiegł rzucając oskarżenia. Naprawdę nic między nami nie ma. Uwierz mi, nie ma co tu tłumaczyć.
- To czemu to robisz? – zapytała, z lekkim uśmiechem.
- Bo mi na tobie zależy, Granger… Skończmy już gadać, są przyjemniejsze rzeczy.
Zachichotała, po czym przytuliła się do niego i pocałowała w usta.
- Zostańmy tu.

_________________
Jest! W końcu! Obiecany! :) Strasznie się cieszę, że go skończyłam… i mam nadzieję, że wam się spodoba. Dajcie znać! :)
Alice

Rozdział 44 „Trucizna”

Siedziała skulona pod kołdrą, co rusz wycierając mokre policzki w materiał. Penelopa siedziała obok i ze smutkiem się jej przyglądała.
- Ze… zepsułam wszystko – załkała. – Wszystko.
Czarnowłosa pogładziła ją po ramieniu.
- Nie mów tak… Pogadajcie… Przecież on taki nie jest… Wybacz ci…
Ramona odsłoniła czerwoną twarz i spojrzała przyjaciółce prosto w oczy.
- Pene… Czy ty naprawdę uważasz, że wybaczy mi po tym wszystkim? Oszukałam go. Udawałam kogoś, kim nie jestem, bawiłam się nim, a na końcu ośmieszyłam siebie i jego przed trzema szkołami.
- Tak, wiem… To było paskudne, ale… Ale ty taka nie jesteś. Zależało ci na nim. Nadal zależy.
- To nie ma znaczenia. Takich rzeczy się nie wybacza… – smarknęła w chusteczkę.
- Tak mi przykro… Gdyby tylko eliksir działał dłużej, gdyby Violet nie przyszła…
Ramona nagle uniosła brwi.
- Co?! Violet była na widowni?
- Tak, stanęła za mną… Ona… Ona o nas wiedziała.
Białowłosa nagle zakryła usta.
- To niemożliwe… Sama zamknęłam ją w Pokoju Życzeń tego ranka… A później mnie złapała McGonagall i powiedziała, że jestem potrzebna do zadania… Jak… Jak ona…
Penelopa podrapała się po głowie.
- Przecież… – zmrużyła oczy – no tak! Ona raz nam już uciekła. Myślisz, że….
Ramona zbladła.
- Myślę, że wychodziła z tego pokoju częściej niż nam się wydaje. Dlatego mój eliksir… mimo mocniejszej receptury nie wytrzymał.

***

Diana przebywała w pokoju i krążyła w kółko. Od czasu zadania nie widziała Violet, a chciała jej opowiedzieć, co się działo. Gdzie ona w tym czasie była? Usiadła na łóżku i westchnęła. W tym momencie drzwi do jej pokoju otworzyły się z głośnym hukiem.
- Harry?
Chłopak spojrzał na nią z żalem.
- Musisz odkręcić tę klątwę na bransoletce.
Prychnęła z rozbawieniem.
- Teraz? Śmieszne masz problemy. Myślałam, że dostałeś to, czego chciałeś.
Pokręcił głową i podrapał się po nosie.
- Myliłem się. Ona wie, że to tylko zaklęcie i jest między nami jeszcze gorzej… Chciałem z nią pogadać po turnieju, ale poleciała do Zabiniego i siedzi z nim w skrzydle szpitalnym.
- Wiadomo, co mu jest?
- Wypił coś, ale nikt nie wie, co to dokładniej. To znaczy, podejrzewa się jakąś truciznę, ale…
Blondynka uniosła brwi.
- Wypił truciznę?
- Możliwe. Znaleźli w jego kurtce fiolkę po Felix Felicis, ale w środku był inny płyn.
- Felix… – zakryła usta. – Oż kurwa.
Natychmiast wstała i wybiegła z pokoju. Harry pognał za nią.
- Wiesz coś?! – krzyknął, ale nawet nie odpowiedziała.
Kiedy dotarli do skrzydła szpitalnego, niemal rzuciła się na Ślizgona. Dotknęła mu czoła i zaczęła wgniatać palce w jego rękę. Ślizgon głęboko spał.
- Co ty wyprawiasz?! – syknęła Hermiona, która dopiero po chwili zareagowała na nagłe przybycie blondynki. – Co wy tu oboje robicie?! – dodała, wskazując na Harry’ego.
- Diana… Ona coś wie. Chce pomóc – westchnął Gryfon.
W tym momencie do skrzydła weszła pielęgniarka. Szybkim krokiem znalazła się przy całej czwórce.
- A sio! Wynocha i to migiem! Blaise musi teraz odpoczywać – oznajmiła, po czym odciągnęła Dianę od Zabiniego.
- Ale czy wiecie co mu jest? – zapytała Francuzka, nieco poddenerwowana.
- Nie wiemy, ale zakładamy, że to był eliksir wzbudzający stan gorączki.
- Po co miałby go brać podczas turnieju? – zdziwił się Harry.
- Musiał o tym nie wiedzieć. Resztki płynu w fiolce są podobne do Felix Felicis, ale…
- To żaden eliksir wzbudzający gorączkę. To trucizna powodująca ślepotę.
Zapadła cisza. Wszystkie pary oczu zwróciły się w kierunku Diany. Ona również milczała, a jej twarz była biała jak kreda.
- Skąd… skąd ty…
- Czy jest tu ktoś, kto zna się na zaawansowanej medycynie? – zapytała nerwowo blondynka.
- Norman Holger – odpowiedzieli jednocześnie Harry z Hermioną.

***

Pukanie do drzwi było tak głośne, że Draco zszedł z łóżka i dowlókł się do nich. Niechętnie pociągnął za klamkę, a przed sobą ujrzał…
- Violet?
- No hej – uśmiechnęła się i pewnym krokiem weszła do środka.
Podążył za nią wzrokiem, gdy rozglądnęła się po gabinecie i usiadła na jego fotelu, zakładając nogę na nogę i podpierając głowę o pięść. Draco zamknął drzwi i oparł się o ścianę, po czym skinął pytająco głową.
- Powiedziałam twojemu kumplowi o nas. Wiesz, była do tego zabawna okazja na turnieju. Jak wyszedł z lasu z tą gówniarą, co się pode mnie podszywała, to…
- Zaraz, zaraz – zmarszczył czoło.
Spojrzał na nią, po czym parsknął śmiechem i podrapał się po głowie.
- Ty sobie teraz jakieś jaja ze mnie robisz, tak?
Uniosła brwi, a jej mina zaczęła się wykrzywiać.
- Słucham?
- O jakich „nas”? Jaka znowu „gówniara”?
Przewróciła oczami i westchnęła.
- Co mam ci tłumaczyć? Wiesz, że do siebie pasujemy, a Diana to porażka. Zresztą było nam przyjemnie, jak się całowaliśmy… I nie tylko wtedy… A co do tej dziewuchy… Ach, nie zauważyłeś nawet? Czasami rozmawiałeś z nią, czasami ze mną. Zamieniała się od miesięcy we mnie, jeszcze zanim tu przyjechałam. Zdobywała informacje poprzez moje ciało… Ale z czasem nauczyłam się z nią obchodzić. Nawet było mi to na rękę.
Blondyn stał w osłupieniu. Po chwili złapał się za głowę i zatoczył kółko po gabinecie.
- Po pierwsze – westchnął – co do „nas”, to „nas” nie ma. My się praktycznie nie znamy, napadłaś na mnie i zaczęłaś całować, a tamto wcześniej… zapomnijmy. Ja już mam kogoś, na kim mi zależy… Ale to skomplikowane – spojrzał przez okno i odwrócił się znów do niej. – Po drugie… Skoro ta dziewczyna zamieniała się w ciebie, to… czy ty kiedykolwiek kręciłaś z Diabłem?
Czarnowłosa uśmiechnęła się pod nosem.
- Nie. Nigdy z nim nawet nie flirtowałam. Ładnie go sobie zakręciła wokół palca, ta cała Ramonka.
- Ramonka?
- A no, ona. Czy wy nie jesteście spokrewnieni? Macie podobno jasne włosy…
- Ramona… – powtórzył cicho, zatracając się w myślach.
Violet wstała i podeszła do Ślizgona, kładąc mu rękę na ramieniu.
- Pomyśl o nas, może i się jeszcze nie znamy zbyt długo, ale…
Strącił jej rękę i spojrzał lodowatym wzrokiem.
- Nie będzie „nas”. Zależy mi na pewnej przemądrzałej osobie, ale o dziwo ty nią nie jesteś. Żegnam.
Zmusiła się do uśmiechu i wyszła z gabinetu.

***

Norman Holger siedział w gabinecie z niewielkim młodzieńcem, gdy rozległo się pukanie. Westchnął, po czym warknął z niechęcią:
- Proszę!
Do środka weszła Hermiona z Harrym. Uniósł brwi i zacisnął pięść. Ostatni raz widział tę dziewuchę (poza turniejem oczywiście) w sowiarni, gdy nakryła go z Mirandą. Od tej pory bardzo nie lubił tej przemądrzałej smarkuli. Spojrzał na Harry’ego – chłopak miał rozczochrane włosy i nieco wymiętą koszulę. Ciężko dyszał i wyglądał jakby właśnie przebiegł maraton.
- Tak? – zapytał dyrektor.
- Proszę nam pomóc. Chodzi o Zabiniego – odpowiedział Gryfon.
- O tego chłopca, który bierze udział w turnieju?
- Tak, tego – wtrąciła się Hermiona. – Zażył truciznę i pani Pomfrey nie umie mu pomóc.
Holger uniósł brwi i uśmiechnął się pod nosem.
- A to ciekawe. A co mu dokładniej jest?
- Eliksir powodujący ślepotę.
- Głupi i ślepy. Idealnie do niego pasuje, więc w czym problem? – zadrwił mężczyzna.
Hermiona wyrwała się, żeby mu przyłożyć, ale w ostatnim momencie Harry złapał ją za rękaw.
- Proszę sobie nawet tak nie żartować! – krzyknęła wściekła.
- Spokojnie… – Norman zmrużył oczy. – Złość piękności szkodzi.
- Pomoże nam pan? To pilne – zapytał Harry.
- A czemu przyszliście z tym do mnie?
- Wiemy, że pracował pan w Mungu. Podobno był pan rewelacyjny – odparł chłopak.
Dyrektor przygryzł wargę.
- Wiecie coś więcej na mój temat?
Spojrzeli na siebie ze zdziwieniem.
- Nie… A co takiego mielibyśmy…
- Ruszajmy więc do tego waszego kolegi.
Wstał i wyprosił ich ruchem ręki. Wyszli natychmiast. Wziął ze sobą teczkę, a kiedy zamykał drzwi, odwrócił się do młodzieńca, który cały czas siedział w tej samej pozycji:
- A ty jej pilnuj. Będzie nam potrzebna.
- Tak jest.

Wszedł do skrzydła szybkim krokiem, po czym usiadł przy łóżku Zabiniego i złapał go za rękę, podciągając rękaw do góry. Następnie wgniótł w skórę trzy palce i wymamrotał coś pod nosem. Później przeniósł się wyżej, do twarzy Ślizgona. Uchylił mu powieki i wykrzywił się. Białka robiły się żółtawe, a tęczówki traciły kolor. Sięgnął do walizki i w tym momencie zauważył, że stoi nad nim Diana, Harry, Hermiona i Pomfrey. Przewrócił oczami.
- Wasza trójka wynocha, Poppy, pomożesz mi.
- Tak jest – odparła pielęgniarka, po czym spojrzała surowo na uczniów. – Słyszeliście, sio.
- Czy on z tego wyjdzie? – zapytała Gryfonka.
- Jak będziemy sobie gawędzić, to na pewno nie – warknął Norman, po czym odwrócił się do nich tyłem.
Posłusznie wyszli z pomieszczenia, zostawiając ich we trójkę samych. Zapadła między nimi krępująca cisza, którą w końcu przerwał Harry.
- Diano, zrobisz teraz to, o co cię prosiłem?
Hermiona spojrzała pytająco. Blondynka westchnęła.
- Tia… Chodź, zdejmę z ciebie twoją ozdobę.
- Słucham? – zdziwiła się szatynka.
Harry zatrzymał ją i złapał za ramię.
- Chcę cię przeprosić i pogadać, ale najpierw Diana zdejmie z ciebie tą bransoletkę.
- Słodkie pogaduszki zostawcie na potem – mruknęła Francuzka, po czym pociągnęła za sobą Gryfonkę.
Szły teraz we dwie do pokoju dziewczyny. Zatrzymały się przed wejściem, Diana wypowiedziała hasło i chwilę później znajdowały się w środku. Pomieszczenie było ciemnoniebieskie, co w sumie nie dziwiło, ponieważ barwy Beauxbatons były błękitne. Niemniej ich ciemny odcień nadawał jakiegoś mroku w tym pokoju… a może nawet smutku?
- Siadaj – machnęła ręką, wskazując łóżko.
Hermiona wykonała polecenie i zaczęła się przyglądać ścianom w pokoju. Otworzyła buzię ze zdziwienia, gdy nad łóżkiem zauważyła obraz statku na morzu… Był to dokładnie taki sam obraz, jak ten w jej gabinecie. Czyżby miał jakieś znaczenie dla nich obu? Czy rzeczywiście opisywał je na swój sposób?
- Daj rękę – usłyszała nagle.
Wyciągnęła ją przed siebie, patrząc na blondynkę siedzącą obok. Ta zaczęła wymawiać po cichu jakieś zaklęcia, a na końcu różdżki zaczął pojawiać się szaro-brązowy dym. Po chwili wbiła przedmiot w bransoletkę, przebijając ją i zahaczając o skórę dziewczyny. Gryfonka syknęła z bólu.
- Parę minut i będzie po sprawie. Muszę mieć połączenie, więc nie zepsuj tego.
Skinęła głową. Blondynka wpatrywała się w skupieniu w jej ozdobę, nieprzerwanie trzymając różdżkę w tej samej pozycji.
- Czy to prawda… – zaczęła Hermiona, ale Diana nawet nie podniosła głowy. – Czy to ty ją zaczarowałaś?
- Tak – odpowiedziała sucho.
- Po co?
- Harry mnie o to poprosił.
- Poprosił, żebyś rzuciła klątwę na bransoletkę ?
Francuzka parsknęła śmiechem.
- Aż tak głupi to on nie jest.
Gryfonka zmarszczyła czoło.
- Więc co chciał…?
- Chciał, żebyś była tylko jego. – Hermiona odruchowo zakryła usta dłonią. – Nie ruszaj się, idiotko!
- Przepraszam – szybko odpowiedziała.
Blondynka pokręciła głową i z powrotem wbiła różdżkę w ciało szatynki. Nagle uśmiechnęła się pod nosem.
- Czy to nie zabawne, że przez całe życie próbujemy dostać coś, co nigdy nie będzie nasze?
- Co masz na myśli? – zdziwiła się dziewczyna.
Diana podniosła wzrok i powiedziała z uśmiechem:
- Ty nigdy nie będziesz Harry’ego, tak samo jak ja nie będę Malfoya. Stąpamy po cienkim lodzie… Bawimy się uczuciami… Usilnie próbujemy spełnić czyjeś ideały, żeby nas zaakceptowano. To trochę jak amortencja. Puste uczucie, które nigdy nie będzie prawdziwe.
Gryfonka zmarszczyła czoło.
- Harry był dla mnie zawsze jak brat.
- A ja nie miałam braci. Nie miałam sióstr. Nie miałam przyjaciół.
- Ale faceci do ciebie lgną.
- I co z tego? Ich poziom intelektu mieści się w…
- W łyżeczce od herbaty?
Parsknęły śmiechem.
- Wyjęłaś mi to z ust.
Zamilkły, każda pogrążona we własnych myślach. Energia wciąż otaczała dłoń Hermiony, ciemny dym wychodził z bransoletki i wędrował do końca różdżki. Nagle Diana się odezwała.
- Ja już się nie będę mieszać między was. – Gryfonka otworzyła usta, ale po chwili je zamknęła. – Zrozumiałam pewne sprawy, porozmawiałam z Draconem, gdy byliśmy w lesie.
Dym zniknął, a blondynka odstawiła różdżkę. Po chwili zsunęła ozdobę z dłoni dziewczyny, której lekko się zakręciło w głowie.
- Nie jestem zadowolona z tego, co zrobiłam. I jeszcze przeze mnie Zabini wylądował w skrzydle.
- Przez ciebie? – Hermiona uniosła brwi.
- Podłożyłam mu tę miksturę przy pierwszym zadaniu. W sumie, to nawet nie pamiętałam, co jest w środku, więc się tak na mnie nie gap.
Szatynka potrząsnęła głową.
- Podebrałaś mu Felix Felicis, który mu dałam?!
- Ty mu go dałaś? – Diana głośno się zaśmiała. – A wiesz, że to nielegalne, aby go mieć przy sobie na turnieju?
- Chyba bardziej nielegalne jest jego spożywanie! – oburzyła się Gryfonka.
- Czyli gdyby nie ty, to on nie wypiłby trucizny, którą mu podłożyłam zabierając Felicis.
Hermiona prychnęła i skrzyżowała ręce na piersi.
- Jeszcze zwal to na mnie! Nie dałabym mu eliksiru, gdybym nie dostała go od uczennicy, która wygrała go u Malfoya…
- Czyli wszystkiemu winny jest Malfoy.
- Tak.
- Zdecydowanie, to jego wina.
Skinęły głową, na znak, że ustaliły dobrą wersję.
- Jak coś, to nic nie wiemy.
- Ja nawet nie wiem, kim jest Malfoy.
- Majrol? Jaki Majrol?
Zachichotały. Po chwili Gryfonka podniosła się z łóżka. Blondynka wzięła do rąk bransoletkę i wystawiła w jej stronę.
- To wciąż jest twoje.
- Nie chcę nosić tego cholerstwa. Harry zrozumie.
Diana wzruszyła ramionami.
- Jak wolisz.
Wzięła zamach i wyrzuciła go przez okno. Ozdoba leciała przez chwilę, błyskając gdzieś, po czym zniknęła im z oczu.
- Pogadaj z Draco, myślę, że w końcu się dogadacie – mruknęła Francuzka.
Hermiona zbliżyła się do drzwi i w ostatnim momencie się zatrzymała. Cicho westchnęła i obróciła w jej stronę.
- Wiesz, na tym turnieju… Zanim przyszliście…
- Tak?
Szatynka przygryzła wargę.
- Kiedy nakryto Ramonę, że się podszywała pod Violet…
Diana gwałtownie podniosła się z siedzenia. Była w wyraźnym szoku.
- Co?! Podszywała się pod nią? Jak? Kiedy? Coo?!
Hermionę zaskoczyła jej reakcja. Nic nie wiedziała? Kompletnie nic…?
- Od dłuższego czasu Ramona piła eliksir wielosokowy i zamieniała się w twoją koleżankę. Wymyśliła sobie nawet inne imię, ale to było zanim przyjechaliście na turniej… Musiała się nie spodziewać, że przyjedzie.
Blondynka opadła na krzesło.
- Chcesz powiedzieć, że… że ta cała Jean…
- To była Ramona. Tak. Violet nigdy nie kręciła z Zabinim, tak przynajmniej mu powiedziała na turnieju.
Francuzka złapała się za głowę i odpłynęła gdzieś wzrokiem. Wyglądała na mocno wstrząśniętą.
- Dlatego Violet była taka dziwna… Dlatego nie ogarniała tego, co do niej mówiłam… Czyli wtedy w lesie była ze mną Ramona… O ja pierdolę.
- Jakim lesie? – zdziwiła się Hermiona.
- Nie, nic… – odpowiedziała cicho. – Czy wiesz coś jeszcze…?
Skinęła głową w odpowiedzi.
- Tak. Coś, co siedzi w mojej głowie i nie może wyjść.
- To znaczy?
- Violet powiedziała, że się całowała z Malfoyem.

___________
Mam nadzieję, że cieszycie się, że rozdział jest dość szybko! Czekam na komentarze, jeśli coś chcecie powiedzieć. Miłego dzionka! Alice :)

Rozdział 43 „Użyta przepowiednia”

Diana nerwowo machała różdżką, próbując trafić McBonna zaklęciem. Wszystkie w niego godziły, jednak on kompletnie nic sobie z tego nie robił. W pewnym momencie odwrócił się do niej tyłem i zaczął coś robić przy drzewie. Zmarszczyła czoło i zakradła się bliżej, a jej brwi poleciały do góry. Otworzyła usta, ale nie potrafiła nic powiedzieć. Włochaty stwór zawijał kokon wokół drzewa. Wtedy przypomniała sobie słowa McGonagall o tym, że mają wrócić z przyjaciółmi. Nie wiedziała kto jest w środku, ale czuła, że musi tego kogoś uwolnić.
- Myśl, Diana, myśl… – mruknęła pod nosem, próbując się skupić.
Po chwili uśmiechnęła się złowieszczo. Miała plan i to nawet całkiem mądry. Problemem był czas, w którym mogła go wykonać. Naprawdę niewiele czasu… Odpowiedni moment… Fakt, że przeciwnik ją zlekceważył, naprawdę jej sprzyjał. Przeszła parę kroków w lewo, nieco do przodu i nakierowała różdżkę…

***

Zabini patrzył na potwora z nadzieją, że wpadnie mu do głowy jakiś genialny pomysł, że Felix Felicis zadziała, a on po prostu wygra. Nic jednak nie czuł, ba, smak miksutry w ogóle nie kojarzył mu się z płynnym szczęściem. Spojrzał nerowo do środka fiolki i jęknął, widząc resztki żółtej substancji, która z pewnością nie była tym eliksirem. Czyżby Granger go oszukała? Co on właściwie wypił? Nie miał zbyt wiele czasu na myślenie, ponieważ McBoon szedł w jego stronę. Odsunął się i potknął o leżący kamień za nim. Podniósł go i niewiele myśląc, rzucił w potwora, trafiając go w głowę. Ostatecznie nie przyniosło to żadnych efektów.
- Wykorzystaj podpowiedź… Diabelskie sidła… – pomyślał i nagle rzucił zaklęciem w potwora.
- Lumos!
Wróg dostał strumieniem światła w oczy i głośno zawył. Krzątał się, nie widząc kompletnie nic, a następnie otworzył swoje usta i już chciał strzelić pajęczyną, gdy ugodziło go kolejne zaklęcie.
- Incendio!
Jego skóra się nie zapaliła, zapaliło się coś innego. Jego włosy. Kwintopend zaskrzeczał i upadł na ziemię, ruszając się jak opętane zwierzę, które próbuje ziemią zgasić pożar. Blaise uśmiechnął się pod nosem. Nie potrzebował szczęścia, żeby go rozgryźć! Skierował różdżkę na pajęczynę i podpalił ją wzdłuż kokonu. Zmumifikowana postać opadła na ziemię. Podbiegł niemal od razu i rzucił zaklęcie rozgrzewające, zanurzając różdżkę w pajęczynie. Nie wiedział, czy to w ogóle zadziała, ale udało się. Po chwili kokon zaczął się rozpuszczać, a on dostrzegł jagodowe usta, które uśmiechały się do niego. Odwrócił się w stronę McBoona.
- Kamień… – szepnęła dziewczyna, a Ślizgon uniósł brwi.
- Accio kamień – rzucił w stronę potwora, a niewielki kamień przywędrował do jego dłoni. – Zabieram cię stąd – dodał i przewiesił sobie Jean przez plecy, gdy cała pajęczyna z niej zeszła.

***

Rufus stał za Kwintopendem, skupiając swoje myśli na tym, w jaki sposób pokonać stwora, uwolnić dziewczynę i uciec z podziemi na ląd. Gdyby nie zaklęcie kameleona, możliwe, że nie żyłby, a przynajmniej na pewno nie miał zbyt wiele siły. Potwór jednak nie zdawał się o nim zapomnieć. Był teraz naprawdę sporych rozmiarów, gdy wypełniał jaskinię. Ponownie wysunął tułów, wypełniając wcześniejszą pustą przestrzeń i zamierzał wycelować swoim jadem, aż trafi chłopaka. Wasenbrot czuł, że nie ma zbyt wiele czasu. Spojrzał do góry i ocenił glebę. To była twarda ziemia, uklepana, przypominająca skałę. Żeby móc się wydostać, jaskinia musiałaby się…
- Zawalić – szepnął i zakrył usta.
W tym momencie stwór odwrócił się w jego stronę i już otwierał jamę, gdy struga światła poleciała w jego stronę. To było Incendio. Potwór głośno zaskrzeczał i zaczął nerwowo się trząść. Rufus nie miał czasu, żeby się przyglądać. Rzucał kolejne zaklęcia na kokon, aż ten rozpuścił się na tyle, że mógł wyrwać ze środka dziewczynę. Tymczasem potwór, którego włosy zaczęły się palić, zaczął kopać tunel, żeby się uwolnić.
Chłopak spojrzał zaskoczony i niewiele myśląc wziął Mirandę na ręce. W tym momencie fałda gruzu spadła z sufitu. Ziemia pomieszana z kamieniami uderzyła McBoona, przysypując go i jednocześnie tworząc niewielki otwór, umożliwiający wyjście. Rufus wspiął się na kupę ziemi i wymierzył różdżkę do góry.
- Ascendio! – krzyknął i wyleciał jak strzała w powietrze.
Lecieli tak przez ułamki sekund, po chwili zaczęli opadać na ląd. Gdy tylko dotknęli powierzchni, chłopak położył dziewczynę na ziemi i wziął kilka oddechów. Czuł, że brakuje mu powietrza. Leżał tak przez chwilę, wpatrując się w śpiące oczy Mirandy. Po chwili potrząsnął głową i wstał. To nie była pora na odpoczynek. Wziął ją z powrotem na ręce i szedł. Sypała się z jego brudnej twarzy ziemia, ubranie było porwane, a jego oddech płytki. Nie odwrócił się nawet na chwilę. Szedł drogą prosto, wypatrując chorągiewek.
- Udało się – pomyślał.

***

Diana skierowała różdżkę, ale nie w stronę potwora. Jej plan był inny. Palce wędrowały coraz wyżej, aż w końcu z końca przedmiotu wystrzeliła stróżka białego światła.
- Diffindo! – krzyknęła.
Drzewo przecięło się dokładnie nad stworem i runęło w jego stronę. Blondynka podskoczyła uradowana. McBoon leżał teraz przygnieciony i nie mógł się wydostać. Podeszła do niego powoli i spojrzała w stronę przyklejonego kokonu. Pajęczyna wydawała się być naprawdę mocna i zerwanie jej zajęłoby sporo czasu. Nagle kątem oka zauważyła rzucony strumień jadu. Odwróciła się i machnęła różdżką, a trucizna zmieniła tor ruchu, trafiając w kawałek trawy, doszczętnie ją spalając.
Diana odetchnęła. Stwór dalej miał dużą siłę i był niebezpieczny. Spoglądnęła na wypalony odcinek ziemi i po chwili rzuciła zaklęciem w oczy potwora.
Tak jak Zabini, wpadła na pomysł oślepienia McBoona. Po chwili Kwintopend zawył i otworzył pozszywane usta. Teraz rzucał jadem na oślep. Kiedy jego trucizna poleciała w kierunku blondynki, ta złapała ją na różdżkę. Natychmiast skierowała w ziemię, na której leżał potwór, a ta po sekundzie zaczęła się rozpuszczać. Ciężar drzewa przygniótł McBoona i dodatkowo zanurzył go głębiej w glebie, uniemożliwiając wyrzucanie jadu. Spod gałęzi można było dostrzec jedynie parę ślepych oczu, które miały przezroczyste białka.
Dziewczyna rzuciła się w kierunku kokonu i zaczęła go przecinać zaklęciami. Po jakimś czasie ze środka wypadł Draco. Złapała go, zanim uderzył w glebę i położyła na trawie. Patrzyła na niego przez chwilę, po czym wymierzyła mu policzek.
- Wstawaj! – krzyknęła.
Ślizgon momentalnie się podniósł i otarł dłoń o piekące miejsce.
- Co tak długo?! – wysyczał jadowicie.
- Mogłam cię tu zostawić – pomyślała, marszcząc gniewnie brwi.
Wstała i podała mu rękę, ale jej nie wziął. Podniósł się o własnych siłach, chociaż jego ciało było całkowicie odrętwiałe.
- Chodź, pomogę ci – mruknęła.
- Nie chcę – bąknął i nagle stracił równowagę.
- Nie gwiazdorz – przewróciła oczami i złapała go pod pachę.
Szli w milczeniu przez całą drogę, a gdy minęli polanę, dostrzegli niewielki odcinek lasu, na końcu którego widniały chorągiewki.

***

Tłum uczniów czekał na pierwszą osobę, która wyjdzie z Zakazanego Lasu. Wszyscy byli już dość zmęczeni czekaniem, chociaż nikt nie liczył czasu. Może to trwało godzinę, dwie, pięć? Kiedy dobiegł ich szmer zza drzew, wszyscy podnieśli się z miejsc.
- Ktoś idzie! – krzyknął ktoś.
- Coś się ruszyło! – odezwał się inny uczeń.
Hermiona zmrużyła oczy, Penelopa niepewnie się podniosła. McGonagall złapała Harry’ego za rękę (co było dla niego dość niezręczne), a Norman ziewnął mrucząc „nareszcie”. Olimpii wyrwało się francuskie słówko, które podkreśliło jej ekscytację.
Wolne kroki powoli robiły się coraz głośniejsze, aż w końcu przy jednej z chorągiewek stanęły czyjeś czarne, brudne buty.
- Zabini! – krzyknęła Hermiona, a tłum uczniów z Hogwartu zapiszczał z zachwytu.

Ślizgon uśmiechnął się i stanął na środku. Po chwili odstawił przewieszoną przez plecy czarnowłosą dziewczynę. Jean otworzyła oczy i uniosła brwi. Ledwo dochodziły do niej wiwaty ze strony publiczności.
- Mam coś dla ciebie – szepnął i włożył jej do kieszeni niewielki kamień.
- To jest… to jest… – dziewczyna nie mogła wyjść z szoku i rzuciła się w ramiona ukochanego.

Tymczasem Penelopa stała nieruchomo, a jej szczęka drżała. Ponownie poczuła smukłą dłoń na ramieniu i zimny oddech przy uchu.
- Nawet eliksiry o zwiększonej mocy się kończą… Popatrzmy na to przedstawienie.

Zakochana para stała na środku i czuła, jakby czas przestał się dla nich liczyć. Blaise tulił ukochaną i stwierdził, że odbierze już odrobinę nagrody. Podniósł głowę dziewczyny i pocałował jej jagodowe wargi. Od razu poczuł, jak Jean odwzajemnia pocałunek. Pieścił jej usta, a ich języki tańczyły. Całował każdy jej skrawek i niemal czuł smak owoców. Była delikatna i zarazem stanowcza. Gdy na chwilę się od niej oderwał, szepnął jej czuło:
- Kocham cię.
W jej oczach zaświeciły prawdziwe iskierki radości, a na twarzy zagościł najszczerszy uśmiech.
- Ja ciebie… – zaczęła odpowiadać, a w tym momencie jej buzia zaczęła się trząść.
Chłopak nerwowo odskoczył, a dziewczyna zakryła twarz w dłoniach.
- Nie, nie, nie… Nie teraz, nie teraz… – panicznie mamrotała pod nosem.
Jej ciało zaczęło się kurczyć, włosy robić coraz jaśniejsze, a ubranie być za duże. Upadła na ziemię i nie wiedząc co robić, klęknęła i zaczęła płakać.
- Kim… kim ty jesteś?! – wrzasnął Ślizgon, a na jego twarzy malowało się tyle emocji, co nigdy wcześniej.

Penelopa zbiegła z widowni w kierunku przyjaciółki.
- Świetna zabawa, dziewczęta! Naprawdę świetna! – usłyszała dziki śmiech ze strony Violet.
Gdy tylko znalazła się przy białowłosej przyjaciółce, okryła ją ubraniem i podniosła do pionu.
- Ra… Ramona?! – krzyknął Zabini.
Zapłakana nastolatka schowała się w ramionach Penelopy i szybkim ruchem skierowała się na drogę wiodącą do zamku. Musiały stąd zniknąć, jak najszybciej. Ślizgon stał jak wryty, patrząc w kierunku ludzi. Nagle dostrzegł czarnowłosą dziewczynę, która uśmiechała się pod nosem.
- Jean… Jean, to ty?! – krzyknął w jej stronę, a na to tłum zwrócił się w jej kierunku.
- Nie jestem Jean – odparła i zachichotała – i nigdy nie byłam.
- Ale czy ty… ty ze mną…
W tym momencie Violet wstała i zeszła z miejsca, na którym siedziała widownia, a następnie podeszła do Zabiniego.
- Nie, koleś – mrugnęła. – Te gówniary zrobiły z ciebie niezłego kretyna, a mnie usypiały na długie godziny. Nic do ciebie nie czuję, ale muszę przyznać, że twój przyjaciel nieźle całuje – dodała chichocząc i odwróciła się na pięcie. Po chwili zniknęła wszystkim z oczu.
Blaise stał nieruchomo i czuł, jakby świat mu się zawalił. Łapał oddechy, a po jego twarzy spływały długie, samotne łzy. Nie słyszał kompletnie nic, a obraz mu się rozmył. Nie wiedział kto, jak i kiedy złapał go za rękę i gdzieś przeniósł. Nie widział nic, nie czuł kompletnie nic poza głuchą pustką w jakiejś przestrzeni wypełnionej ciszą.

***

Rufus dostrzegł chorągiewki i przyspieszył kroku. Był już na samym skraju, ale nie słyszał żadnych odgłosów, jakby po drugiej stronie nie było ludzi. Niepewnie zrobił kilka kroków w przód, a gdy wyszedł z lasu, ujrzał nieco skamieniały tłum, pogrążonych w myślach.
- Rufus! Coś się tak guzdrał! – krzyknął Holger, podnosząc się z miejsca.
Na te słowa ludzie spojrzeli w jego kierunku i usłyszał oklaski. Mimo wszystko czuł, że coś się wydarzyło. Zerknął w stronę McGonagall, która rozmawiała zawzięcie z Harrym, jakby nawet go nie zauważyła. Odstawił Mirandę na ziemię i po chwili usłyszał dwa przekrzykujące się głosy.
- Puść mnie, idiotko!
- Chodzić nie umiesz, to cię muszę trzymać!
- Nie jestem dzieckiem!
- Powinieneś mi dziękować, możesz mi dać buziaka.
- Prędzej na ciebie splunę, tleniona kurzajko.
- Odezwał się ten nietleniony!
Diana puściła Malfoya, który otrzepał się i poprawił włosy. Szybko rozejrzał się dookoła.
- A gdzie Zabini?
Rufus zmarszczył czoło.
- No właśnie… – mruknął, po czym głośno wrzasnął – Gdzie jest Zabini?!
Tłum zamilkł, a wzrok skierował się na dyrektorkę Hogwartu.
- Pan Blaise jest… jest w skrzydle szpitalnym.
- Co mu się stało? Znowu coś mu się do nogi przyczepiło? – zaśmiała się Diana.
Minerwa zmarszczyła czoło i ze spokojem odpowiedziała.
- Nie. On… On miał atak.

______________
Jest, w końcu udało mi się skończyć ten rozdział! Bardzo się cieszę, bo drugie zadanie dobiegło końca, no i… kolejna zagadka rozwiązana. Może zaskoczyłam, może nie – nie wiem. W każdym razie mam nadzieję, że napiszecie, co myślicie. Ściskam mocno i dziękuję, że wciąż tu zaglądacie. Ala

Rozdział 42 „Włochaty McBoon”

Diana stała nieruchomo, a zwierzęta ją otoczyły. Nie widziała kompletnie nic, ale czuła jak ją wąchają, jak dyszą przy niej, jak bardzo są głodne. Wyjęła powoli różdżkę z kieszeni, ale nie wiedziała co dalej – rzuciła zaklęcia ochronne na siebie i zamachnęła się przedmiotem… i w tym momencie coś chwyciło jej nogę. Upadła na ziemię i momentalnie siła zwierzęcia pociągnęła ją po ziemi. Spojrzała na swoją stopę, która była pogryziona przez stworzenie i wrzasnęła, widząc jak ciągną ją przez las w nieznaną stronę. Biegły jak dzikie, a ona starała się unikać wystających kamieni. Błagała, by ją puściły. Machnęła różdżką i rzuciła zaklęcie w stronę zwierząt, ale przeleciało przez nie jak przez powietrze. Załamana, zacisnęła wargi i niemal wyszorowała głową po błocie, które powstało w wyniku deszczu . Szybko się otrzepała, widząc, że zbliżają się do jakiegoś miejsca. Kiedy byli już u celu, stwory nagle ją puściły. Gwałtownie usiadła i złapała się za kostkę, pocierając miejsce ugryzienia. To musiały być testrale, poznała po śladach zgryzu. Zaklęła pod nosem i wytarła czoło. Zwierzęta musiały się od niej odsunąć. Rozejrzała się dookoła, a jedyne co zobaczyła przed sobą, to pustą polanę i coś, co poznała od razu. Pod jednym z drzew spało dziwne stworzenie, które zobaczyła kiedyś z Violet podczas wyprawy do Zakazanego Lasu. Tylko co to było? Nie potrafiła sobie odpowiedzieć.

***

Rufus powoli szedł przez podziemia, oświetlając sobie drogę różdżką. Ziemia była czarna, a ściany pokryte korzeniami drzew. Tunel nie był zbyt duży – wyglądało to bardziej jak ukryte przejście, tylko dokąd miało prowadzić? Nie miał pojęcia. Odgłosy deszczu odbijały się o sufit, sprawiając, że ziemia była wilgotniejsza. Niewielkie pająki wiły w dziurach pajęczyny, a robaki pełzały po glebie. Chłopak co chwila jakiegoś miażdżył.
Mijały minuty, a droga wydawała się nie mieć końca. Niepokojące było to, że nigdzie nie było żadnego większego stworzenia, jakby nic tu nie mieszkało poza robactwem.
- To niemożliwe, ktoś musiał wydrążyć ten tunel – pomyślał i ścisnął różdżkę przed sobą.
Czuł, że traci czas i jednocześnie nie wiedział, jak długo jest pod ziemią. Nie mógł stąd uciec, musiałby wyjść na zewnątrz… Tylko jak? Jego myśli przerwał maleńki, błyszczący strumień, który mignął mu przed oczami. Zmrużył je i lekko pochylił, przypominając przyczajone zwierzę, które miało polować. Musiał być blisko czegoś… tylko czego?
Skradał się, powoli kładł stopy, próbując być jak najciszej. Przygasił zaklęcie w różdżce, by nie odsłaniało go za bardzo, ale jednocześnie pozwalało mu coś dostrzec. Nagle na moment się zatrzymał. Usłyszał dziwne dźwięki i mógłby przysiąc, że był to znajomy mu głos… Głos, który dyszał. Zamrugał dwa razy, a jego oczom ukazały się błyszczące ślepia, które mignęły mu wcześniej przed oczami. Niepewnie zaświecił różdżką i wtedy… zobaczył to w całej okazałości.

***

Blaise powoli otwierał oczy. Automatycznie poruszył ręką, by sięgnąć po różdżkę, ale ta nawet nie drgnęła. Spojrzał w dół i zobaczył, że jest przyklejona… do wielkiej, pajęczej sieci.
- Co jest?! – wrzasnął, nerwowo się ruszając.
Dźwięki huczących sów napawały go przerażeniem. Nie padał już deszcz, ale było kompletnie ciemno i niewiele widział. Przygryzł wargę i poczuł, jak przeszywa go dreszcz. Nagle dziwne odgłosy stóp zaczęły wydobywać się z któregoś kąta. Nie mógł dostrzec co to, ale był pewny, że to nie jest człowiek.
Przełknął ślinę i powoli, a zarazem z całą siłą zaczął sięgać w kierunku kieszeni. Sprawiało mu to olbrzymi ból, ale nie mógł się poddać. W końcu dosięgnął różdżki i odetchnął z ulgą. Już chciał rzucić zaklęcie, gdy dostrzegł parę czarnych i błyszczących ślepi patrzących wprost na niego. Serce skoczyło mu do gardła i kompletnie niekontrolowanie rzucił w stronę stworzenia pierwsze lepsze zaklęcie. Zwierzę tylko odsunęło się, jakby nawet nie odczuło żadnego bólu. Blaise przyglądał się z wielkim skupieniem, żeby móc dostrzec czym rzeczywiście jest stwór. Potwór w nienaturalny sposób zaczął poruszać się w jego stronę, odsłaniając swój wygląd. I wtedy Zabini otworzył usta zamierając w szoku.

***

Rufus, Diana i Blaise patrzyli teraz na stworzenia, które znane były tylko z legend. Czarne ślepia były wrośnięte w nisko osadzone tułowie, z których wyrastało pięć odnóg. Nie byli to ludzie, ani nawet zwierzęta. To były chimery dwóch ras – skrzyżowanie człowieka i pająka. Odnóża wystające z brzucha były zakończone zdeformowanymi stopami, zaś sama skóra była ciężka do zdefiniowania, ponieważ potwór był porośnięty brązowo-czerwonym owłosieniem.
- To Włochaty McBoon – pomyślał Rufus, zaciskając pięść na różdżce.
Diana przygryzła wargę i cofnęła się o krok, nie wiedząc czym jest w rzeczywistości stworzenie.
Zabini zadygotał – słyszał niegdyś historię o tych stworzeniach, ale był pewien, że to tylko legendy. A teraz stał przed nim Kwintoped… Od razu przypomniała mu się historia, jedna z niewielu na zajęciach z Historii Magii, która go zaciekawiła…

Dawno temu, na wyspie Posępnej zamieszkiwały dwie rodziny czarodziejów: McClivertowie i McBoonowie. Często się kłócili, a także pojedynkowali ze sobą. Podczas jednej z walk między pijanym naczelnikiem klanu McClivert o imieniu Dugald i równie pijanym Kwintusem, głową klanu McBoon, pierwszy z nich poniósł śmierć. To wydarzenie spowodowało wściekłość i chęć zemsty ze strony rodziny. Pewnej nocy grupa McClivertów otoczyła zabudowania McBoonów i pragnąc pomścić Dugalda zamieniła wszystkich McBoonów w potworne, pięcionogie stwory. Nie przewidzieli jednak niesamowitej mocy, którą ich naznaczyli… Nikt nie umiał przywrócił McBoonów do pierwotnej formy. Kolejne pojedynki kończyły się śmiercią członków McCliventów zjadanych przez potwory… i w ten sposób na wyspie nie pozostał nikt, nikt poza paskudnymi stworami, które zwane były Włochatymi McBoonami lub Kwintopedami.

Cała trójka patrzyła na stworzenia, każdy z milionem innych myśli. Pierwszy walki podjął się Wasenbrot.
To była kwestia sekund – musiał zaatakować, nim pierwszy zaatakuje McBoon. Dostrzegł za nim dziwny, duży kokon i wzdrygł się. Kogo lub co mógł trzymać w podziemiach? Rzucił zaklęciem galaretowatych nóg, żeby go osłabić. Strumień światła ugodził potwora, jednak ten tylko przez chwilę zatrząsł się i jak gdyby nic, szedł wprost na Rufusa. Chłopak zaczął się cofać – stwór był bardzo szybki i stanie w miejscu skończyłoby się dla niego byciem drugiego dania na stole Kwintopeda. Rzucił kolejnym zaklęciem, jednak ponownie McBoon nic nie odczuł. Coraz bardziej wystraszony chłopak wziął powietrze do ust i machnął różdżką na siebie, po czym zniknął. Potwór momentalnie się zatrzymał. Uderzył kilka razy zdeformowanymi stopami o ziemię i otworzył coś, co przypominało pozszywane usta. Głośno zacharczał i skrzywił się, a następnie podniósł swój niski tułów… a jego rozmiar wypełnił całą wielkość tunelu. Nerwowo patrzył w różne strony, jakby czegoś szukał i coraz szybciej dyszał. Nagle strzelił z ust pajęczyną w jeden z kątów, ale ta tylko przykleiła się do ściany i powoli zaczęła wypalać fragment ziemi. Rufus tymczasem zakradł się blisko niego, szukając sposobu, żeby go pokonać. Stwór ponownie osadził niżej swój tułów, jednocześnie powodując lukę pomiędzy nim a tunelem. Chłopak momentalnie wykorzystał okazję i w sekundę znalazł się za nim. Miał teraz przed sobą duży kokon, do którego prawie się przypadkowo przykleił. W ostatniej sekundzie złapał równowagę, a kiedy podniósł wzrok, dostrzegł przed sobą czyjąś twarz w kokonie. Wrzasnął, nie potrafiąc powstrzymać przerażenia.
McBoon od razu się odwrócił i strzelił pajęczyną w niego. Rufus ledwo zdążył się pochylić, chociaż sieć prawie go musnęła. Trucizna trafiła w kokon i wypaliła jego kawałek. Chłopak spojrzał w to miejsce…. a jego serce uderzyło o żebra z całą siłą.
- Miranda!!! – krzyknął w myślach, przygryzając wargi z całych sił, aby stwór go nie usłyszał. Miliony emocji zaczęły targać nim na widok ukochanej. Ścisnął różdżkę i na chwilę zamknął oczy. Musiał się skupić, musiał ją uratować…

***

Blaise odkleił się od pajęczyny szybkim machnięciem różdżki i momentalnie zaczął tego żałować. Włochaty McBoon wyciągnął swój tułów i zaczął biec w jego stronę. Ślizgon podskoczył i rozpoczął ucieczkę przez las.
- Ganiamy się jak dzieci! – stęknął, odwracając głowę w stronę potwora. – Ale mnie nie dogonisz! Jestem… jestem szybszy! – dodał, jakby sam siebie próbował uspokoić.
Kwintoped zacharczał i przyspieszył bieg na te słowa. Blaise’a przeszły ciarki i również pognał ile tchu. Nie zauważył nawet, że biegną w kółko, tak jakby Zakazany Las ich uwięził. Zabini zatrzymał się przy pajęczynie, z której wcześniej się zerwał i spojrzał w jej stronę. Wtedy zauważył, że obok miejsca, w którym wisiał… wisiał także drugi kokon. Uniósł brwi, ale nie miał czasu, żeby się nad tym długo zastanawiać, bo McBoon był tuż za nim.
- Jak ja mam go pokonać? Musiałbym mieć jakiś dziki fart… – pomyślał i nagle złapał się za usta. – Fart, fart…. No tak!
Nerwowo zaczął grzebać w kurtce i wyjął małą fiolkę. Przecież dostał Felix Felicis przed poprzednim zadaniem i kompletnie o nim zapomniał! Szybko odkorkował buteleczkę i wypił do dna.

***

Hermiona i reszta uczniów siedzieli już kilka godzin w oczekiwaniu na to, kto pierwszy powróci z Zakazanego Lasu. Było już ciemno i każdy wydawał się być zmęczony. Minerwa przebierała palcami po kolanie, wciąż wpatrując się w drzewa.
- Wrócą – uspokoił ją Harry.
- Mam nadzieję… Te stworzenia są… są bardzo niebezpieczne. Nie wiem, czy Olimpia nie przesadziła z trudnością zadania.
Maxime przewróciła oczami i wtrąciła się do rozmowy.
- Bez przesady… Mówisz, jakby kraken to był pikuś! Non-sens!
McGonagall westchnęła i spojrzała jej w oczy.
- To był triangul, nie sam kraken. Nad McBoonami nie można zapanować. Doskonale wiesz, czym się żywią. Ludźmi.
- Liczę, że skorzystają z podpowiedzi.
Zapadła cisza, a każdy znów powrócił do obserwacji lasu. Bali się. Gdyby jednak kogoś przerosło zadanie, mieli strzelić iskrami w niebo. Pozostało im czekać. Byleby tylko przeżyli i wrócili z pozostałymi…
Penelopa gryzła paznokcie, nie wiedząc co się dzieje w środku gąszczu drzew. Nagle poczuła czyjś oddech na karku.
- Ładnie się bawiłyście, dziewczyny – szepnął dziewczęcy głos za nią. – Ale ja już nie śpię.
Ciarki ją przeszły, a brwi uniosła po samo czoło. Nie mogła się odwrócić. Siedziała nieruchomo i czuła, jak spływają po niej krople potu.
- Tak, wiem, że to wy… Ale chyba nie wiecie o mnie za dużo. Chyba nie wiesz co się dzieje tam – długi palec wyciągnął się przed Penelopą i wskazał na las – one ją zjedzą.

_____________
Przepraszam po raz kolejny. Wiem, że to nie jest jakiś długi rozdział, ale uwierzcie, że napisanie tego sprawiło mi dużą trudność i starałam się to zrobić jak najlepiej. No cóż, mam nadzieję, że jakoś mi wybaczycie! :)
Ala

Rozdział 41 „Drugie zadanie”

Rufus szedł do przodu z wyciągniętą różdżką. Gęsty las robił się coraz ciemniejszy. Słychać było nadchodzącą burzę, brzęczące owady i echo odbijające się dookoła. Pierwsza kropla deszczu spadła mu na ramię i automatycznie podniósł głowę. Chmury były ciemnoszare. Po chwili tysiące igieł wodnych lunęło w jego stronę. Przyspieszył kroku, czując jak jego buty robią się brudne od mokrej ziemi. Wiedział, że nie jest sam. Rozglądał się nerwowo, przypadkowo obierając drogę. Nie miał pojęcia, gdzie iść. Uderzył w jedną z gałęzi, rozrywając przy tym kawałek kurtki. Syknął z niezadowolenia, odsuwając kolejne odnogi drzew, aż w końcu dostrzegł jasny punkt na końcu. Uniósł brwi i niewiele myśląc wykonał krok w przód. Jego ciało osunęło się, a chłopak momentalnie zatopił się w bagnie po pas. Spojrzał na dłoń, w której trzymał różdżkę i już chciał nią machnąć, gdy wyślizgnęła mu się i wpadła do bagna. Zaklął pod nosem. Próbował się poruszyć, ale substancja była zbyt gęsta, zbyt ciężka. Czuł jak się topi, jak bagno go pochłania.

**********************

Zabini założył materiałową czapkę, którą wcześnie sobie przygotował. Nie pomogło mu to zbyt wiele, ale przynajmniej nie czuł ulewy aż tak mocno. Stanął przy jednym z drzew i wyjął kawałek pergaminu. Była to mapa, którą dostał od Jean. Miała prowadzić do jakiegoś kamienia, który dostała kiedyś w spadku i w niewyjaśniony sposób znalazł się w Zakazanym Lesie. Fakt, brzmiało to dziwnie, ale obiecał nie wnikać. Pamiątkowy kamyczek, taka była umowa. Obiecał jej, więc słowa dotrzyma. Tylko skąd miała mapę…? Westchnął i rozwinął świstek. Zmrużył oczy, bo zguba wydawała się być całkiem niedaleko. Przeanalizował trasę i schował pergamin, opierając się o jedno z drzew. I nagle to się stało – jednym gwałtownym uderzeniem przygniotła go gałąź. Wrzasnął, czując mocny ścisk w okolicy brzucha i po chwili zacisnął wargę. Szybka analiza – roślina chciała go ponownie uderzyć wolną odnogą, widział jak się podnosi i celuje w jego stronę. Wsunął palce do prawej kieszeni i w ostatniej chwili rzucił Incendio. Drzewo momentalnie zareagowało. Najpierw zaczęło trzeszczeć, a następnie puściło chłopaka. Upadł na ziemię i złapał się za brzuch. Odwrócił się w jego kierunku, ale jedyne co zobaczył, to konar przed twarzą. Sekundę później zemdlał.

*****************

Hermiona kuśtykała w kierunku Zakazanego Lasu. Musiała zobaczyć zadanie, musiała wiedzieć, co się stanie i o co chodzi! Czuła się fatalnie. Spojrzała na niebo – nad Zakazanym Lasem była groźna burza, ale dookoła świeciło słońce.
- Zaczarowali pogodę – pomyślała.
Usłyszała rozmowy niedaleko i stwierdziła, że okrąży las, bo pewnie uczniowie siedzieli po drugiej stronie. Po dwudziestu minutach dostrzegła ławki i tłum ludzi. Niepewnie podeszła i stanęła z boku.
- Hermiona! – krzyknął Harry i po chwili wszyscy odwrócili głowę w jej stronę.
Spaliła buraka. Znowu jej serce zaczęło szaleć, ale wiedziała, że to jakieś zaklęcie. Potrząsnęła głową i zmierzyła go wzrokiem. Zrobił krok w jej stronę, ale się cofnął. Nie chciała z nim gadać i musiał to uszanować. Nawalił na całej linii. Jego uczucie tylko namieszało, a tak nie miało być… Uśmiechnął się przepraszająco i wrócił na miejsce. Po zadaniu chciał z nią pogadać i przeprosić. Jeszcze tylko kwestia Diany, żeby to wszystko odkręciła…

*******************

Tymczasem blondynka szła przed siebie, kompletnie nieostrożnie. Na przemian roztrzaskiwała gałęzie pod sobą, kopała denerwujące kamienie i nuciła coś pod nosem.
- Przejdę szybko, znajdę co mam znaleźć i stąd wyjdę – pomyślała.
Jej rozmyślania przerwał głośny krzyk, dobiegający… no własnie, skąd? Nerwowo rozglądnęła się, ale nie potrafiła znaleźć źródła dźwięku. Miała wrażenie, że las się zaczął zmieniać. Przysięgłaby, że szła cały czas prosto, ale gdy się odwróciła, jej ślady skręcały w prawo. Zmarszczyła czoło i starając się nie przejmować, wyjęła różdżkę i zrobiła krok w przód. Coś chuchnęło jej w twarz. Podskoczyła z przerażenia i potknęła się o kamień. Wylądowała na ziemi i momentalnie spojrzała do góry. Nikogo nie było. Podniosła się i otrzepała, machając różdżką we wszystkie strony, jakby miało jej to w czymś pomóc.
- Pokaż się! – warknęła.
Odgłosy kopyt wbijanych w ziemię obok niej sprawiły, że zamarła. Coś ją powoli okrążało. Stróżka potu skapnęła jej po policzku, a brwi nerwowo drżały, próbując odczytać zamiary stworzenia. I wtedy jej się przypomniała wyprawa z Violet. To musiał być testral.
- Jak pokonać coś, czego nie widzę?! – w jej głowie wyskoczyła myśl.
Stanęła nieruchomo, czując jak ją wącha. Na Merlina, on ją zaraz zje!

*******************

McGonagall stukała palcami po kolanie, wpatrując się w wyjście z lasu.
- Myślisz, że sobie poradzą? – zapytała Holgera.
- Nie wiem jak wasze pupilki, ale mój Rufus jest zdolny i bez problemu wygra to zadanie – odparł z pychą.
Maxime zmierzyła go wzrokiem.
- Nie doceniasz nas, mon cher. Te zadanie jest naprawdę trudne i obawiam się, że jeśli twój chouchou nie rozgryzł podpowiedzi do zadania, to może mieć problème.
- Olimpio, ja się obawiam, że nikt nie rozgryzł twojej podpowiedzi z diabelskimi sidłami – westchnęła Minerwa.
- Non-sens – prychnęła madame.
Holger wymienił spojrzenia z McGonagall. Oboje nie wiedzieli praktycznie nic o zadaniu, tylko wstępne założenia. Mimo wszystko wcale nie czuli się spokojnie. Olimpia słynęła z najdziwniejszych pomysłów, które jej zdaniem były genialne. „Bo u nas we Francji…” – tak tłumaczyła kolejne mądrości, których nikt nie rozumiał.
Madame uśmiechała się, ale kątem oka zerkała w stronę Hagrida. Ten wycierał spocone czoło w brudną już chusteczkę i strasznie się wiercił.
- Może przesadziłam, sprowadzając je… Nie! Ma być ciężko. Sacrebleu! – zaklęła w myślach.
Tymczasem Hermiona siedziała na skraju ławki i również przyglądała się półolbrzymowi.
- Hagrid! – cicho syknęła w jego stronę.
Gajowy rozejrzał się gwałtownie, uderzając łokciem jakiegoś pierwszaka.
- O cholibka! Sorki – mruknął i zmrużył oczy, dostrzegając Hermionę.
Wstał, spychając dwie dziewczyny siedzące z przodu i udał się do Gryfonki.
- Ej ty, posuń się – rzucił do chłopca zajmującego miejsce obok Granger.
Krukon momentalnie się przesunął.
- Hagridzie, co się stało? Jesteś strasznie szorstki – zapytała.
- Nic, nic… – westchnął, gniotąc dłońmi chusteczkę. – Denerwuję się tylko troszkę, cholibka.
Zmarszczyła czoło i cicho szepnęła, żeby tylko on to usłyszał:
- Czy ty masz coś wspólnego z drugim zadaniem?
- Niee, niee – jęknął, odsuwając się do tyłu.
Uniosła pytająco brew. Półolbrzym przewrócił oczami.
- No dobra, mam. Tylko cicho!
Uśmiechnęła się i skinęła głową.
- Co ich tam czeka?
Gajowy wytarł czoło chusteczką i schował do kieszeni, po czym się nad nią pochylił.
- Ale wiesz, to sekret – zerknął na madame Maxime – mój i Olimpii.
Popatrzyła wyczekująco i kontynuował.
- Byliśmy na misji, na pewnej wyspie… No wiesz, ona mnie poprosiła, no to żem pomógł, nie? Co miałem odmawiać takiej kobiecie…
- Hagridzie – zachichotała – nie musisz mi się tłumaczyć.
- Wiem, wiem… – westchnął i potarł spocone dłonie o spodnie. – W każdym razie mieliśmy se tam takie stworzenia schwytać… – Hermiona otworzyła buzię, ale nie zdążyła się wtrącić – schwytać, nie zabić. No i było ciężko, cholibka… Nawet Kieł się zranił, skubańce go zaatakowały… Ale daliśmy radę, no i teraz wiesz… Są w lesie.
- Co?! – krzyknęła, zatykając sobie od razu usta.
Tłum odwrócił się w ich stronę, co wzbudziło tylko niezadowolenie gajowego.
- A wy co się gapicie? – bąknął z groźną miną. – Wracajcie do własnych rozmów!
Harry zmarszczył czoło. Dawno nie widział tak poddenerwowanego Hagrida. Ciekawe o czym rozmawiał z Hermioną?

*********************

Rufus próbował resztkami sił podpłynąć do wystającej gałęzi. Na nic się zdały jego krzyki, w sumie na co miał liczyć? Na pomoc Blaisea czy Diany? Pewnie sami byli w nielepszym bagnie. Parsknął na własne porównanie. Usłyszał skrzeczącą wronę siedzącą nieopodal i spojrzał w jej stronę. Krople deszczu uderzyły w jego twarz i nerwowo się otrzepał. Gęsta ciecz pochłonęła go już do piersi i niewiele czasu mu zostało. Nie mógł włożyć ręki do kieszeni kurtki, z resztą nie miał pojęcia co by mu mogło pomóc. Zacisnął powieki i gwałtownie otworzył.
- Wiem – szepnął i złapał swoje dłonie, wpatrując się w ptaka na sąsiednim drzewie.
Po chwili znów zamknął oczy, a jego usta zaczęły poruszać się coraz szybciej. Wodne igły trafiały w niego jak pociski, ale kompletnie ne zwracał na nie uwagi. Ciemne już niebo grzmiało, a bagno zbliżało się do jego szyi.
Nagle dziwny podmuch powietrza rozdzielił deszcz spadający w jego stronę. Zaczęły rosnąć kłęby czarnego dymu, które formułowały się w dużą wronę. Ptak rozprostował skrzydła i mocno się nimi zamachnął. Następnie wykonał kolejne ruchy, a jego smoliste pióra kreśliły okręgi. Każdy podmuch był coraz mocniejszy, skierowany w stronę Rufusa. Chłopak stał nieruchomo jak skała, powoli otwierając oczy, które przybrały teraz kolor nocy. Ptaszysko rozdzielało bagno na pół – uwalniając go. Wiedział, że będzie miał tylko sekundy, kiedy zamknie swoje połączenie z demonem, a muł znów wróci na miejsce. Czarna wrona wykonała kolejny zamach skrzydłami, a on był prawie wolny, jeszcze tylko kolana miał uwięzione. Dojrzał różdżkę, która była na wyciągnięcie ręki. Musiał ją tylko wziąć, gdy rozerwie dłonie, wtedy odbije się od bagna i wyląduje na ziemi… Tak… Kwestia sekundy…
Przełknął ślinę, widząc, że bagno jest już na wysokości kostek. To była ta chwila. Zaczął liczyć, intensywnie wpatrując się w wystający przedmiot obok niego. Trzy… Dwa… Jeden…
W pół sekundy chwycił różdżkę i nagle stracił grunt. Jego ciało spadło w ciemny tunel pod nim i nie widział kompletnie nic. Bagno zleciało w dół, ale momentalnie zastygło, uniemożliwiając mu powrót na ląd. Był teraz w podziemiach Zakazanego Lasu… W miejscu, o którym nikt nigdy nie słyszał.

_________
Znów trochę krótko, ale mam nadzieję, że wam się spodoba. Przyznam, że to nie lada wyzwanie, pisać te zadania, a czasem naprawdę rozmyślam godzinami nad tym, jak to rozwinąć. W każdym razie liczę, że w miarę was zaskoczyłam :) Z okazji nowego roku szkolnego – życzę wam dobrych ocen i uśmiechu.
Alice

Rozdział 40 „Chorągiewki”

Wiktor wracał do statku Durmstrangu. Wspominał ostatnie wydarzenia – całującego się Malfoya z jakąś dziewczyną i dziwne zachowanie Hermiony. Jutro miało się odbyć drugie zadanie, więc pomyślał, że pogada z Rufusem. Wszedł do kajuty i momentalnie uderzył o chłopaka. Wasenbrot wstał i otrzepał się. Wyglądał na zdenerwowanego.
- Co się stało? – zapytał Wiktor.
- Muszę iść do Holgera – odparł i wyminął go.
Krum uniósł brwi i bez zastanowienia pobiegł za kolegą. Po minucie znaleźli się pod drzwiami, ale one nawet nie chciały drgnąć.
- O co chodzi? – dopytywał Wiktor. – Co tam się dzieje?
Rufus zmarszczył czoło i ponownie szarpnął za klamkę.
- Miranda. Ona tam jest, z nim.
Starszy chłopak wyjął różdżkę i ruchem głowy nakazał się odsunąć. Po chwili drzwi zadrżały, a zamek puścił. Rufus wpierw wziął głęboki wdech, a następnie rozejrzał się po pokoju. O dziwo, Miranda była ubrana i piła herbatę, a Holger siedział przy biurku i zapisywał coś. Spojrzeli na siebie ze zmieszaniem. Dziewczyna odłożyła filiżankę i się podniosła.
- Rufus… – powiedziała z uśmiechem, ale w jej oczach dostrzegł smutek. Był pewien, że coś się stało.
Norman uniósł wzrok i po chwili schował coś do kieszeni.
- Do widzenia – powiedział sucho i wyszedł z jej pokoju.
Wiktor przyglądał się całej sytuacji, po czym głęboko westchnął. Stwierdził, że lepiej ich zostawić samych, więc skierował się do swojej kajuty.

*******************

Marcus i Hermiona pukali do pokoju wspólnego uczniów z Beauxbatons. Blondyn przebierał z nogi na nogę, a dziewczyna lekko się chwiała. Była wykończona.
- Jeszcze chwilę wytrzymaj. Dorwiemy ją – mruknął, uderzając pięścią w drewno.
W końcu klamka się poruszyła, a przed nimi stanęła czarnowłosa dziewczyna. Zmierzyła Hermionę z góry do dołu i warknęła:
- Czego?
Gryfonkę nieco zdziwiła chłodna reakcja. Nie była jednak w stanie wydusić z siebie słowa, więc chłopak szybko wytłumaczył, że szukają Diany, jednak ku ich rozczarowaniu, blondynki nie było w środku. Podziękowali i odwrócili się w kierunku schodów. Marcus zdecydował odstawić dziewczynę do skrzydła szpitalnego. Gdy weszli do środka, chłopak stanął jak słup. Hermiona popatrzyła na niego ze zdziwieniem. Blondyn wziął wdech i ruszył do przodu, a Gryfonka uniosła brwi, dostrzegając gdzie poszedł. Stał teraz nad dwoma chłopcami, którzy siedzieli przy łóżku zabandażowanej blondynki. Od razu ich poznała.
- Podpaliłeś dziewczynę?! Tak próbujesz zdobyć serce niewiasty?! – Marcus wypiął pierś.
- Co ty wiesz o zdobywaniu dziewczyn, frajerze?! – odparł Seamus, szturchając go w ramię.
Dean przewrócił oczami i cicho jęknął, a Luna podrapała się po nosie.
- Jak ty się zwracasz do starszych, smarku? – Blondyn otrzepał ubranie.
- Należycie! Poza tym nie jesteś starszy!
- Jestem o pięć minut!
- Jakoś matka się nie chwaliła, żebyś w tym czasie nauczył się czegoś ambitnego!
Cisnęli piorunami z oczu, po czym rzucili się na siebie. Marcus palnął Seamusa w głowę, na co drugi odpowiedział mu pięścią w nos. Blondyn zaczął kopać chłopaka po łydkach, przewracając ich na ziemię. Reszta stała i przyglądała im się.
- To rodzina? – zapytał Dean.
Hermiona zachichotała.
- W dodatku bliźniaki.
Czarnowłosy uniósł brwi.
- Niemożliwe. Niepodobni.
- Ale obaj tak samo głupi.
Luna uśmiechnęła się i przerwała bójkę.
- Seamus, rowek ci wystaje.
Gryfon momentalnie się podniósł i spalił buraka. Poprawił spodnie i skrzywił się w kierunku swojego brata. Marcus również wstał i odgarnął swoje blond włosy w arystokratyczny sposób.
- Żałosne zachowanie, mój drogi – prychnął, układając kołnierzyk.
Nagle Hermiona mocno się zachwiała i opadła na łóżko obok Luny. Chłopcy od razu zwrócili się w jej stronę, a do skrzydła weszła pani Pomfrey.
- Co tu się dzieje, co to za zamieszanie? Odsunąć się!
Posłusznie zrobili jej miejsce, a ona podbiegła do Hermiony i ułożyła ją wygodnie. Dotknęła jej czoła i cicho jęknęła.
- Fatalnie wyglądasz, kochanieńka… Masz gorączkę. Zaraz ci podam eliksir pieprzowy, ale nawet nie myśl o tym, żeby się stąd ruszyć… Przynajmniej dwa dni przeleżysz.
Gryfonka chciała coś powiedzieć, więc zerwała się i… od razu upadła z powrotem na łóżko. Potwornie kręciło jej się w głowie.
- Ale jak to… jutro… zadanie… Ja… – bełkotała pod nosem.
Poppy pokręciła głową.
- Przykro mi. Razem z panną Lovegood musicie tu zostać.
- Opowiemy ci jak było – jednocześnie odezwał się Seamus z Deanem.
- Nie, ja jej opowiem! – wtrącił się Marcus. – Ty nie masz ręki do kobiet!
Dziewczyny przewróciły oczami.
- Chłopcy, wyjdźcie już – pożegnała ich ręką pielęgniarka.
Niechętnie wyszli, pozostawiając je same. Hermiona wypiła eliksir, a gdy Pomfrey je opuściła, odwróciła się do Luny.
- Co ci się stało? – zapytała.
Krukonka uśmiechnęła się słabo.
- Podpalił mi włosy. Nie pytaj.

*******************

Blaise siedział w pokoju i czytał różne książki z biblioteki. Ostatnio nieco się odciął od reszty, ale musiał się przygotować do zadania. Odłożył jeden z opasłych tomów odnośnie roślin, gdy do pomieszczenia wszedł Malfoy. Spojrzał na niego z dziwnym uśmiechem.
- Co jest, Smoku?
Draco przeszedł się po pokoju i oparł o ścianę. Po chwili zmrużył oczy.
- Ta zołza.
- Pani Norris?
- Nie ośle, mówię o Dianie.
Zabini podrapał się po głowie.
- Co z nią?
Blondyn prychnął.
- To ona napisała te listy z pogróżkami.
Blaise się wyprostował.
- Ona?! Serio?
Malfoy skinął głową. Po chwili usiadł na łóżku kumpla i zaczął rozmyślać nad planem zemsty. Musiała ponieść karę, a oni mieli pomysł.

*****************

Diana wróciła do pokoju. Rozejrzała się i syknęła pod nosem. Zapomniała schować koperty! Ale chyba nikt… nikt do niej nie zajrzał, prawda? Niemożliwe. Schowała ją do szuflady i położyła się do łóżka. Tej nocy nie mogła zasnąć. Patrzyła na biały sufit i myślała o tym, co ją jutro czeka. Kolejne zadanie. Coś związanego z diabelskimi sidłami. Coś w Zakazanym Lesie… Przeczytała tyle książek, że nie miała pojęcia czego się spodziewać. Widziała dziwne stworzenia w klatkach, ale nigdzie nie było o nich napisane, w żadnych podręcznikach… Tak jakby… nie istniały. Zamknęła oczy. Musi dać z siebie wszystko. Liczą na nią, nie może ich zawieźć. Tym razem będzie najlepsza.

Zbudziło ją skrzeczenie wron. Przetarła twarz pod wodą, spojrzała w lustro i westchnęła. Przejechała palcami po swoich ustach, po czym zmusiła się do uśmiechu. Wróciła do pokoju i założyła grubsze ubrania. Zdążyła jeszcze wysłać sowę z przesyłką przed wyjściem. Kiedy wyszła, zapukała do pokoju Violet, ale nikogo nie zastała. Zeszła po schodach przed Wielką Salą, gdzie czekał już Zabini z Rufusem. Obaj byli zmieszani.
- Coś się stało? – zapytała unosząc brew.
Pokręcili głowami, ale widać było, że coś ich trapi. Mimo wszystko nie miała ochoty na pocieszanie – to nie była jej sprawa. Rozejrzała się dookoła. Nie dostrzegła Dracona ani Hermiony, co ją nieco zdziwiło. Zauważyła za to Harry’ego, który stał na końcu i patrzył na nią w dziwny sposób. Czuła się beznadziejnie, bo każdy zachowywał się tak, jakby coś przed nią ukrywał. Przygryzła wargę, a jej rozmyślania przerwała McGonagall.
- Zapraszam za mną, dziś idziemy pieszo.
Po jej słowach ruszyli przed zamek. Wszyscy wiedzieli co ich czeka – wejście do lasu. Tylko co będzie w środku? Czego będą oczekiwać?

**************

Penelopa stała po drugiej stronie lasu z tłumem pozostałych uczniów. Rozglądnęła się dookoła, ale nigdzie nie zauważyła Ramony.
- Gdzie ona… – mruknęła pod nosem, przygryzając wisiorek na szyi.
Nagle usłyszała czyjeś kroki i odwróciła się w stronę źródła dźwięku. Od razu ją poznała. Szła pewnym krokiem, z chłodnym spojrzeniem, a jej czarne loki bujały się na boki. Stanęła za nią i nic nie mówiąc czekała na rozwój wydarzeń.

******************

Trzy białe chorągiewki były wbite w ziemię przy wejściu do lasu. Doszli na miejsce i zatrzymali się kilkanaście metrów przed nimi. W pobliżu nie było nikogo poza nimi i McGonagall.
- Przed wami są trzy wejścia, każdy wejdzie osobnym… Ponieważ w poprzedniej kategorii zwyciężył pan Wasenbrot, ma pierwszeństwo wyboru – spojrzała na chłopaka – Jak się zdecydujesz, dotknij ręką chorągiewki.
Przełknęła ślinę i ponownie zwróciła się do ogółu:
- Ruszycie w tym samym momencie. W środku spotkacie stworzenia, które… nie mieszkają w lesie. Żeby zaliczyć zadanie, musicie skorzystać z podpowiedzi, jaką dostaliście w pierwszym zadaniu… Czekają tam na was przyjaciele. Nie biegnijcie, jeśli coś was będzie gonić, bo ten las was pochłonie… Mam nadzieję, że… że się zobaczymy na końcu drogi. Powodzenia.
- Jacy przyjaciele? – dopytywała Diana.
- Wasi, panno Levittoux. Skończcie drogę razem z nimi – odparła nauczycielka.
- Czyli mamy po prostu przejść przez las? – zapytał Zabini.
McGonagall skinęła głową, ale wcale się nie uśmiechała. Spojrzeli po sobie, po czym Rufus ruszył w kierunku drzew. Stanął po prawej stronie i dotknął dłonią chorągiewki. Ta po chwili zabarwiła się na czerwono. Diana spojrzała na Zabiniego i ruszyła do środkowego wejścia. Blaise stanął po lewej stronie i jednocześnie dotknął materiału. Jego chorągiew zabarwiła się na zielono, a blondynki na niebiesko.
- Do zobaczenia. Mam nadzieję – Minerwa gestem dłoni ich pożegnała.
Odwrócili się w stronę lasu i ruszyli przed siebie.

******************

Po drugiej stronie, na ławkach siedzieli uczniowie. Głośne rozmowy przerwała Madame Maxime, która weszła na niewielkie podwyższenie (co czyniło ją jeszcze większą) i przyłożyła różdżkę do gardła.
- Chers étudiants… Nadszedł czas na drugie zadanie… Troje reprezentantów właśnie rozpoczęło wędrówkę po la forêt interdite…. Jeśli zauważyliście, nie ma tu z nami paru osób… Ich bliscy również znajdują się w środku…
Penelopa rozglądnęła się dookoła. Nie widziała Dracona i Hermiony… Zapewne to oni są w lesie. Ale co z Ramoną? Przecież… Violet stała za nią, tak? A Miranda…? Gdzie ona? Coś jej nie pasowało. Przygryzła wargę.
- W tym zadaniu muszą skorzystać z podpowiedzi odnośnie rośliny, której nasiono znaleźli w skrzyni.. Inaczej ich bliscy… – zawiesiła się – no cóż, przekonajmy się, kto przybędzie pierwszy ze swoim petit ami.
Zeszła z podwyższenia i zajęła jedno z miejsc. Nagle rozległ się dźwięk teleportacji, a przed nimi pojawiła się McGonagall.
- Ruszyli – powiedziała w kierunku Maxime i Holgera.

*********************

Luna otworzyła oczy i ziewnęła. Spojrzała na zegarek. Już jedenasta. Zadanie już się zaczęło. Żałowała, że nie może być obecna, ale wiedziała, że pani Pomfrey by jej nie puściła. Napiła się eliksiru pieprzowego, który leżał na jej stoliku i rozejrzała się dookoła. Obok miała zasłonięty parawan, za którym wczoraj położono Hermionę. Chyba jeszcze spała, bo zrobiło się okropnie cicho. Krukonka przetarła oczy i wyjrzała przez okno. Dostrzegła nisko lecące jaskółki.
- Idzie burza – szepnęła.
Odwróciła się z powrotem, a na twarzy poczuła czyjeś dłonie. Po chwili straciła przytomność.

___________________
Hej, cześć, siemaneczko, serwusik,dzień doberek! Wiem, zaraz ktoś napisze, że znów rozdział za krótki, a obiecałam dłuższy… No niestety. Napisałam tyle i czułam, że muszę tu urwać. :P W końcu rozpoczęło się drugie zadanie. Mam nadzieję, że nieco was zaskoczę. Możliwe, że pomyślicie, że mój pomysł jest podobny do turnieju z „Czary Ognia”. Szczerze mówiąc, chciałam, aby coś łączyło moje opowiadanie z tym od pani Rowling. Absolutnie nie chcę nic powielać, ale zachować zarys schematu… No i wkrótce wrócą romantyczne wątki. Czuję, że ich za mało. No nic, nie chciałam robić z tego typowego romansidła…
Pozdrawiam, piszcie co myślicie :)
Alice

Rozdział 39 „Pionek w grze”

Hermiona stała przy szafce z eliksirami wlepiając błagalnie oczy w Marcusa. Było jej wstyd, ale wiedziała, że musi mu zaufać. Niechętnie zdjęła koszulkę i odwróciła wzrok. Po chwili jego palce dotknęły jej szyi. Najpierw delikatnie, następnie wbijał je głębiej. Przygryzła wargę, a on gniótł jej ciało, milimetr po milimetrze. Gdy zjechał niżej, a jego dłonie były nad samym stanikiem, spięła się mocno i zaczerwieniła.
- Mógłbyś… nie tam… – jęknęła.
Chłopak się uśmiechnął i skinął głową. Po chwili dotykał jej brzucha, a ona czuła, jakby robił jej masaż.
- I jak? Masz coś? – zapytała.
- Jeszcze nie. Eliksir zwiększył odbiór przepływu czarnej magii, kumulującej się w wybranym miejscu, więc muszę go namierzyć. Będzie namacalny, dosłownie. Dlatego cię tak „badam” – odparł.
- Skąd się na tym znasz?
Powrócił dłońmi do jej szyi i zaczął ugniatać jej ramię.
- Interesowałem się tym, od kiedy dowiedziałem się o magii. Wiesz, dla mnie to było coś abstrakcyjnego. Chciałem wiedzieć wszystko, żeby nie odstawać od społeczeństwa, żeby umieć więcej niż inni. Tak już mam. A czarna magia? Nie wiem, po prostu mnie fascynuje.
Hermionie nagle zaświeciły się oczy.
- Chwila, chwila… Przecież do Durmstrangu nie przyjmują mugolaków, nie? Tak słyszałam.
Uśmiechnął się pod nosem.
- Nie, ja nie jestem mugolakiem. Jestem półkrwi. W każdym razie mnie posłali tam, a mojego brata do Hogwartu.
Gryfonka już chciała otworzyć usta, ale ją uprzedził.
- Nazywam się Marcus Finnigan.
Na twarzy Hermiony pojawił się szok. Zamrugała kilka razy i zaniemówiła, wydając z siebie nieokreślony dźwięk sugerujący zdziwienie. On i Seamus? Braćmi?! W życiu by nie pomyślała. Poza tym nie byli do siebie podobni, w żadnym stopniu. Marcus wydawał się być poukładany, kochał czytać i okazywał dobre maniery. Seamus zaś był nieokrzesany, głośny i zapewne do połowy podręczników nawet nie zaglądnął. Przyglądała się blondynowi, jakby próbowała znaleźć coś, co ich obu połączy, gdy nagle poczuła ogromny ból przy nadgarstku, wycofała się i wrzasnęła.
- Aaałłłaaaaa!!
- Bingo! – uradował się. – Dawaj rękę.
- Ech, czy ty nie widzisz, że ja cierpię?
- Dawaj, nie marudź.
Niechętnie z powrotem się przysunęła i rozglądnęła po sali. Jej bluzka leżała niedaleko i marzyła tylko o tym, by ją założyć, zanim ktoś wejdzie i – broń boże – ich nakryje. Stęknęła, zauważając, że drzwi są lekko uchylone. Musieli niedokładnie je zamknąć…
- Dobra, miejsce złej energii odkryte, zdejmij bransoletkę, to będzie mi łatwiej usunąć zaklęcia.
Skinęła głową i chwyciła za ozdobę. Pociągnęła, ale ta wcale nie chciała się ruszyć. Przy każdej próbie kurczyła się coraz bardziej.
- Nie mogę jej zdjąć – zmarszczyła czoło.
- Pomogę ci – odparł i chwycił za bransoletkę.
Hermiona złapała się za szafkę, a Marcus mocno ją pociągnął. Niestety ozdoba ani drgnęła. Przygryzł wargę i ponownie szarpnął jej rękę, czego dziewczyna się nie spodziewała i obluzowała uścisk szafki. Siła, jaką użył wobec niej chłopak, spowodowała, że straciła równowagę i wpadła na niego, przewracając ich obojga na ziemię. I wtedy to się stało. Drzwi się otworzyły.
Draco stał jak słup soli, ze szczęką wiszącą gdzieś na wysokości kolan. Brwi uniósł tak wysoko, że zabrakło mu czoła, a jego oczy zrobiły się tak duże, że przypominał Trelawney w trakcie przepowiedni. Hermiona leżała w samym staniku na obcym gościu, który trzymał ją za rękę. Para na podłodze gapiła się na niego z przerażeniem pomieszanym ze zmieszaniem.
- Wszystkich w szkole chcesz zaliczyć, co Granger?! – krzyknął i ruszył do przodu.
Zatrzymał się przy biurku, wyciągnął z szuflady papiery, a gdy znów chwycił za klamkę drzwi, ledwo usłyszał błagalne jęki Gryfonki.
- Ale to nie tak, my nie…
TRZASK. Znów zostali sami w sali. Wzięła swoją koszulkę i szybko na siebie włożyła, czując, jak robi się czerwona z zażenowania. Marcus nic nie mówił, podniósł się z podłogi i otrzepał, po czym na nią spojrzał.
- Musimy to dokończyć – powiedział cicho.
Westchnęła i popatrzyła na niego ze smutkiem w oczach.
- Wszystko zniszczyłam. Jestem do niczego. On mnie nienawidzi.
Blondyn pokręcił głową i mocno ją do siebie przytulił.
- Nie gadaj takich bzdur. Zaraz wszystko będzie po staremu – pogłaskał ją po włosach. – Musisz zdjąć bransoletkę, jak widać jest zaczarowana. Skąd ją masz?
Zmarszczyła brwi.
- Nie wiem… – zastanowiła się na głos. – Dostałam ją w prezencie na święta, ale nie wiem od kogo…
Marcus odsunął się od niej i podrapał po brodzie.
- A kiedy zaczęły się z tobą dziać dziwne rzeczy?
- Po tym jak… na Merlina! Jak ją założyłam!
Blondyn uśmiechnął się do niej. Teraz wszystko stało się oczywiste.
- W takim razie już chyba wiadomo, kto ją zaczarował.
Uniosła brwi, spojrzała na bransoletkę i po chwili na niego.
- Nie… Czekaj… Nie myślisz chyba, że to…
- Dokładnie tak. Idziemy do niego. Prowadź.

**************************

Rufus siedział z Mirandą w jej kajucie. Opowiedział pokrótce o swojej rozmowie z Draconem i napili się whisky.
- Biedna Hermiona – westchnęła Miranda.
- Nie, to Draco jest biedny – stwierdził Rufus.
- Ale to z nią jest coś nie tak, pewnie się zamartwia nad Malfoyem.
- Więc to on jest biedny.
Przewróciła oczami.
- Ty w ogóle nie rozumiesz kobiet, kochanie.
Usłyszeli pukanie do drzwi, a po chwili ujrzeli Normana. Stał w czarnym płaszczu i nie wydawał się być zadowolony z ich widoku. Z resztą z wzajemnością.
- Wasenbrot, wypad. Wracaj do siebie i przygtuj się do turnieju. Za kilka dni drugie zadanie.
Oschły ton dyrektora spowodował, że zmarszczyli czoła, ale chłopak po chwili wstał i wyszedł z kajuty.
- Niech pan jej nawet nie dotyka – warknął, mijając mężczyznę.
- Nie rozkazuj mi gnojku, bo cię zaboli – odparł Holger.
Po chwili dyrektor został sam z dziewczyną. Patrzyła na niego podejrzliwie, odsuwając się najdalej jak tylko mogła. Nic sobie z tego nie zrobił i usiadł obok w ten sposób, że niemalże przygwoździł ją do ściany.
- Proszę się odsunąć – bąknęła, robiąc się coraz bardziej spięta.
- Chciałem spędzić z tobą trochę czasu. Ostatnio nasz przyjemny wieczór został przerwany. Czas dokończyć to, czyż nie?
Wzdrygnęła się. Popatrzyła po pokoju, ale jej różdżka była schowana w szufladzie. Nagle na swoim kolanie poczuła jego rękę. Chwyciła za nią i próbowała odsunąć, ale był dużo silniejszy.
- Proszę mnie zostawić, zrobię wszystko… – jęknęła.
Uśmiechnął się i delikatnie wykręcił jej nadgarstek, ubezwładniając ją.
- Jedyne czego chcę, to ciebie – powiedział, po czym drugą dłoń wsunął pod jej sukienkę.

****************************

Harry założył czarną koszulkę i spryskał się perfumami. Chciał pójść do Hermiony i z nią porozmawiać. Może zgodzi się z nim być? A może za wcześnie na takie pytania? Pomyślał o Ronie. Ten by mu doradził, pocieszył… Chwila. Ron był z Hermioną. Nie byłby zadowolony, gdyby się dowiedział o jego planach względem dziewczyny, ale… co on mógł poradzić? Zakochał się, a Rona już nie było.
Usłyszał kroki dobiegające z korytarza. Ktoś musiał biec. Kilka osób. Dźwięki robiły się coraz głośniejsze i po chwili czyjeś pięści waliły do jego drzwi. Niepewnie otworzył. Do środka wbiegł jakiś blondyn, a za nim Gryfonka. Chłopak przygwoździł Harry’ego do ściany, wbił mu różdżkę do gardła i wrzasnął:
- Wyjdź z ukrycia, jesteś otoczony!!!
- C-co?
- Zawsze to chciałem powiedzieć – zachichotał.
Hermiona przewróciła oczami. Znów zaczęła boleć ją głowa.
- Puść go, Marcus. On nie jest niczemu winny. Zakochałam się w nim.
Kawałek ściany zadrżał, ale nikt tego nie zauważył.
- Bredzisz pod wpływem klątwy, Granger – odparł.
Harry uniósł brwi.
- O czym wy gadacie? Hermiono, ty naprawdę mnie kochasz?!
Marcus zmrużył oczy i mocniej wbił różdżkę.
- Nie ze mną te numery. Zaczarowałeś jej bransoletkę i mówi kompletne bzdury.
- Ja? Ja jej nie zaczarowałem! Tylko dałem ją… – szybko zakrył usta dłonią z przerażeniem.
- Komu ją dałeś? – zapytał podejrzliwie.
Hermiona złapała Marcusa za ramię.
- Kocham Harry’ego. Chcę mieć z nim dzieci.
Blondyn uderzył wolną ręką w głowę dziewczyny, przez co upadła na ziemię.
- Hermiono!! – krzyknął czarnowłosy.
- Komu ją dałeś, pytam?!
Gryfon westchnął. Spojrzał na dziewczynę, która leżała na ziemi najprawdopodobniej nieprzytomnie.
- No… Dianie… Diana chciała mi pomóc…

***************************

Draco chodził po pokoju i rzucał klątwami we wszystkie strony. Idiota, idiota, idiota!!! Poczuł coś do największej kujonki w Hogwarcie, a ta nie dość, że najpierw dała mu jakieś nadzieje, to później zaczęła kręcić ze wszystkim dookoła, robiąc z niego frajera!! Ciekawe co na to powie pieprzony Potter?! Ciekawe czy wie, co Granger robi po kątach z innymi facetami?! Nie wie? To się zaraz dowie!!!
Trzasnął drzwiami i ruszył w stronę gabinetu wybrańca. Szedł szybko, mijając kolejne korytarze. Kilka uczennic próbowało go zaczepić, ale nic sobie z tego nie zrobił. Gdy w oddali dojrzał gabinet Pottera, zobaczył Granger z tym samym kolesiem, z którym się dopiero obściskiwała. Miała tupet, żeby iść i mu się pochwalić nowym związkiem!! I to niby on zmieniał kobiety jak rękawiczki?! W ciągu roku był jedynie z Dianą, chociaż wstyd mu było o tym przyznać. Jego głośne kroki przycichły, a on sam się zakradł pod drzwi Gryfona, żeby podsłuchać rozmowę.
- Wyjdź z ukrycia, jesteś otoczony!!!
To musiał być głos tego lowelasa. Tylko czemu to on naskakuje na zasrańca? Po chwili usłyszał zaskoczony głos Pottera i słowa Gryfonki.
- Puść go, Marcus. On nie jest niczemu winny. Zakochałam się w nim.
To było jak strzał w klatkę piersiową. Uderzył pięścią w ścianę tak mocno, że zadrżała. Przygryzł wargę aż ta zaczęła mu krwawić. Musiał się opanować, musiał. Wtedy usłyszał słowa Marcusa, które nagle go olśniły. To był szok.
- Nie ze mną te numery. Zaczarowałeś jej bransoletkę i mówi kompletne bzdury.

Jej bransoletka?! Ta głupia ozdoba była zaczarowana?! To przez nią Granger ześwirowała?! Oczy urosły mu do pięciozłotówek. Teraz to miało sens. Potter musiał jej ją dać i dlatego zdurniała. Czyli może… może jednak ona coś do niego rzeczywiście czuła? Zacisnął powieki.
- Ja? Ja jej nie zaczarowałem! Tylko dałem ją…
Otworzył oczy równie szybko. Czyli to nie on. To kto inny…
- Kocham Harry’ego. Chcę mieć z nim dzieci.
Przewrócił oczami. Idiotka. Przywaliłby jej w ten pusty łeb.
ŁUP.
O, ktoś go wyręczył. Dzięki. Głos przerażonego Pottera tylko go rozbawił. W końcu usłyszał prawdę.
- No… Dianie… Diana chciała mi pomóc…
Nie chciał wiedzieć więcej, tyle mu wystarczyło. A to zołza! Znowu musiała wepchnąć swoje cztery litery do jego życia!! Popędził w stronę jej pokoju. Natychmiast chciał ją zabić. Nie daruje jej tego.
Gdy był przed dormitorium dla gości z Beauxbatons, wziął jeden wdech, żeby uspokoić swoją wściekłość. Po chwili otworzyła mu Violet.
- Hej, Draco… – powiedziała, uśmiechając się.
Wtargnął do środka, kompletnie olewając dziewczynę. Sekundę później wyważył drzwi do pokoju Diany. Uniósł brwi, a szczęka opadła mu do ziemi.

**********************

Harry przełykał ślinę w milczeniu, obserwując wlepione w niego oczy blondyna. Odsunął swoją różdżkę od jego gardła i ukucnął nad Hermioną.
- Brak mi na ciebie słów, Potter – warknął, ocucając dziewczynę.
- Co się stało? – zapytała dziewczyna, pocierając czoło.
- Nic, nic. Zemdlałaś po tym, jak Harry wyjawił prawdę o bransoletce.
Gryfon zrobił się czerwony. Zaczęło być mu głupio.
- A…. kto…? Kto ją… zaczarował…?
Blondyn uśmiechnął się i podniósł Hermionę na nogi.
- Diana.
Dziewczynie znów się zakręciło w głowie. Szczęście, że Marcus ją trzymał.
- Ona… ona… – cicho szepnęła, ale nie potrafiła ułożyć zdania.
- Musimy do niej pójść.
- Ja nie chciałem – zaczął Harry. – To nie miało tak wyjść… Ona stwierdziła, że Malfoy…
Blondyn zamknął usta chłopaka morderczym spojrzeniem.
- Ty się już nie tłumacz. Nie mi. Jak Hermiona dojdzie do siebie, to pogadacie.
Po tych słowach wziął Gryfonkę pod pachę i wyszedł z gabinetu. Harry usiadł na krześle i schował twarz w dłoniach.

*****************************

Draco stał w pokoju Diany, ale jej nie było. Jego wzrok za to padł na jej stolik, przy którym zauważył coś, co poznał od razu.
Czarną kopertę.
Setki myśli przemknęło mu przed oczami. Wszystkie zdarzenia, które miały miejsce, wszystkie listy od ojca, które zaczęły się pojawiać dopiero po tym, jak przybyli goście… Wszystko to, co odpychało go od Hermiony i nakazywało kierować się w stronę Diany. Zaplanowała to, obmyśliła cały plan. Jak pionek dawał się wykorzystywać i idealnie grał w jej grę. Był jej marionetką, choć nie do końca… nie potrafiła zmienić jego uczuć… Więc zmieniła grę i… zmieniła Hermionę.
Zamknął oczy i po chwili je otworzył. Wziął do rąk czwartą z rzekomych pięciu kopert…

Draco patrzył na list w czarnej kopercie i uśmiechał się pod nosem. Delikatnie włożył pergamin z powrotem do środka i położył na swoje miejsce. Skierował się do drzwi, a przy framudze odwrócił się i spojrzał raz jeszcze w tamtym kierunku.
- Od teraz ja rozdaję karty.

_______________________
Wybaczcie, że późno i krótko. Mam nadzieję, że mimo to wam się spodoba :D Obiecuję, że następny będzie dłuższy!